Kategoria: Budowanie kariery zawodowej

Prawdziwe oblicze wypalenia zawodowego

Wolisz słuchać zamiast czytać? Zapraszam zatem do odsłuchania tego materiału w formie podcastu:

Możesz również pobrać ten odcinek klikając tutaj

 

Pustka i zmęczenie. Żołądek podchodzi Ci do gardła na samą myśl o tym, że znowu idziesz do pracy. Na twarz zakładasz świeżo wypraną maskę, gardło zalewasz kolejną kawą i mówisz do siebie: byle do piątej. Brzmi znajomo?

Jeżeli odpowiedź brzmi „tak”, to zapraszam do dzisiejszego wpisu, z którego dowiesz się jak wcześnie dostrzegać i zwalczać wypalenie zawodowe.

 

 

Historia „wypalenia zawodowego”

Wypalenie zawodowe jest tak stare jak świat. A przynajmniej jak długo sięgają ludzkie profesje. Skutki i rezultaty wypalenia zawodowego, takie jak mniejsza produktywność i satysfakcja z wykonywanej pracy, były obserwowane od dawien dawna. Niemniej jednak sam termin powstał dopiero w 1980 w związku z publikacją książki „burnout: The High Cost of High Achievement.” Przez psychologa Herberta Freudenberga.

 

Początkowo, ojciec wypalenia zawodowego (a przynajmniej terminu naukowego jego opisującego), podejrzewał, że zagrożeni nim są wyłącznie lekarze, nauczyciele, pielęgniarki i inne profesje, których trzonem jest praca i opieka nad drugim człowiekiem.

 

Po ponad 30 latach dalszych badań nad wypaleniem zawodowym, okazuje się, że jest to zjawisko o wiele szersze. Jego ofiarą mogą paść również programiści, technicy, kierowcy czy nawet opiekunki dzieci.

Jak zatem walczyć z tak powszechnym problemem?

 

 

Początki wypalenia zawodowego

Zaburzenie równowagi pomiędzy zaangażowaniem a rezultatem z naszej pracy stanowi początek wypalenia zawodowego. Narażamy się na nie, jeżeli stale wkładamy wysiłek, serce i czas w wykonywanie naszych obowiązków, a rezultat ciągle nie jest zadawalający (np. nietrafione cele sprzedażowe).

schemat 1 wypalenia zawodowego

 

Idąc za dr. Ellen Hendriksen możemy zidentyfikować trzy symptomy zwiastujące nadchodzące wypalenie zawodowe:

 

Symptom 1 – Wyczerpanie emocjonalne

W przypadku wszystkich trzech opisanych tutaj symptomów, musisz sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie: jak często miewam poniższe myśli? Każdy miewa gorszy dzień, jeżeli jednak obserwujesz u siebie symptomy wypalenia zawodowego niemalże regularnie – powinna Ci się zapalić żółta lampka.

 

Oznaki wyczerpania emocjonalnego:

  • Brak motywacji do wykonywania bieżących obowiązków. Zastrzyk energii czujesz tylko, kiedy fantazjujesz o nie pójściu do pracy, lub wręcz o jej spektakularnym rzuceniu
  • Uczucie pustki i braku celu
  • Permanentne uczucie zmęczenia. Objawia się m.in. trudnością ze wstawaniem

 

Symptom 2 – Zobojętnienie

Pamiętasz swój entuzjazm, kiedy zaczynałeś pracę? Nie mogłeś się doczekać następnego zlecenia, kontaktu z klientem lub projektu. Byłeś podekscytowany nowymi obowiązkami, ludźmi i doświadczeniami. Teraz została po tym wielka pustka. Tak gdzie czułeś ekscytacje jest zobojętnienie, kontakty z klientami cię drażnią – wręcz ich unikasz a nowe doświadczenia bardziej cię męczą zamiast cieszyć.

 

To wszystko jest objawem drugiego symptomu wypalenia zawodowego, jakim jest zobojętnienie

 

Symptom 3 – Zmniejszona efektywność

Wypalenie rzutuje nie tylko na nasze samopoczucie, ale również na efektywność pracy. Poszukaj u siebie objawów tego symptomu wypalenia zawodowego:

  • Trudności z koncentracją
  • Rozleniwienie
  • Brak kreatywności
  • Mentalność „od – do”

 

Jeżeli zobaczyłeś u siebie kilka lub wszystkie z powyższych symptomów wypalenia zawodowego, możesz zacząć się zastanawiać nad tym, co je powoduje? Dlaczego czuje się w ten a nie inny sposób?

 

Nikt z nas nie funkcjonuje w próżni. Nasze otoczenie wpływa na nasze samopoczucie i może koniec końców generować takie problemy jak wypalenie.

 

Pierwszą cegiełką do zawodowego jest nadmiar pracy. Bezustannie jesteś zasypywany nowymi obowiązkami, tracąc przy tym kontrolę nad swoim czasem. W wyniku tego zaburzane jest twoje pojęcie sprawiedliwości – czujesz, że jesteś wręcz wykorzystywany, a twoja praca nie jest w odpowiednim stopniu doceniana. Dodatkowo, może być tak, że nie znajdujesz zrozumienia nawet wśród swoich współpracowników, którzy zamiast zrozumienia, naśmiewają się z twoich problemów.

Tak właśnie wygląda przepis na wypalenie zawodowe.

 

 

Co zrobić by nie spalić się do cna

Jeżeli połączyłeś już wszystkie kropki i z całą pewnością stwierdziłeś, że jesteś zagrożony wypaleniem – musisz działać.

Masz do wyboru trzy ścieżki:

schemat 2 wypalenia zawodowego

 

Jeżeli pozostaniesz w swojej obecnie pracy i nic nie zmienisz, to koniec końców doprowadzisz do trwałego wypalenia zawodowego, a może nawet depresji.

 

Alternatywą w opcji „zostaję” jest wprowadzenie pewnych zmian, które mogą powstrzymać ten proces. Możesz na przykład:

  • Zaadresować konkretne problemy i zacząć z nimi walczyć. Jeżeli jesteś przytłoczony obowiązkami, spróbuj delegować jak najwięcej z nich, lub przedstawić ten problem przełożonemu.
  • Jeżeli czujesz się niedostatecznie doceniany, zrób rozeznanie na rynku. Jak wygląda sytuacja u twoich kolegów po fachu. Jeżeli inni za tą samą pracę mają lepsze warunki – nie bój się walczyć o swoje i prosić o podwyżkę, lub o lepsze traktowanie.
  • Zadbać o balans w życiu. Jeżeli wiesz, że trudna sytuacja w pracy jest przejściowa, to zadbaj o inne elementy takie jak sport, czas wolny, rekreacja tak, aby równoważyć chwilową trudność w miejscu pracy. W ten sposób poprawisz swój ogólny poziom zadowolenia.

 

Jeżeli spróbowałeś wszystkich powyższych metod i nie uzyskałeś pożądanych rezultatów – nastał czas na zmianę. Pamiętaj: spędzasz 2/3 swojego życia w pracy. Jeżeli będzie to praca, której nienawidzisz, to zatrucie związane z wypaleniem zawodowym zacznie się stopniowo rozlewać na inne aspekty twojego życia.

 

WALCZ Z TYM. Twoja praca ma Ci dawać satysfakcje a nie wysysać z ciebie soki;)

 

Tymczasem, życzę Ci powodzenia w tej walce. Masz ją już za sobą lub jesteś w trakcie? Daj znać w komentarzach poniżej.

 

 

pp39-max wypalenia zawodowego

Archiwum

Newsletter

Newsletter

Jak w 3 krokach pokonać porażkę poszukując pracy?

Wolisz słuchać zamiast czytać? Zapraszam zatem do odsłuchania tego materiału w formie podcastu:

Możesz również pobrać ten odcinek klikając tutaj

 

 

Wysyłasz CV, piszesz listy motywacyjne, odbywasz rozmowy telefoniczne z rekruterem. Cel tych działań jest jeden – zostać zauważonym i dostać się na rozmowę kwalifikacyjną. Tutaj rozpoczyna się taniec – mniej lub bardziej improwizowany. Od Ciebie zależy jak często w trakcie tego tańcu będziesz się potykał i czy koniec końców poniesiesz porażkę czy sukces. W ramach dzisiejszego wpisu odbędziesz przyspieszony kurs tańca rekrutacyjnego. Możemy zaczynać?

 

 

Krok 1 – Przygotuj się!

Tematyka poszukiwania pracy przez długi czas miała dla mnie charakter wyłącznie praktyczny. Z perspektywy osoby poszukującej popełniałem przeróżne błędy i wyciągałem z nich wnioski.

 

W miarę jedzenia apetyt rósł. Praktykę uzupełniałem teorią i ruszałem z powrotem na poszukiwania. Punkt kulminacyjny był 5 lat temu, kiedy to w ciągu 12 miesięcy pracę zmieniałem 8 razy. Postanowiłem, że do momentu znalezienia swojego właściwego miejsca na rynku pracy nie będę przystawał na kompromisy. Koniec końców udało mi się znaleźć swoją przystań, którą okazała się branża energetyki odnawialnej.

 

Blisko 5 lat budowania tej kariery dało mi możliwość odwrócenia sytuacji – teraz to ja poszukuję ludzi do pracy i prowadzę proces rekrutacyjny. Teoria i psychologia rekrutacji uzupełniana jest spojrzeniem z drugiej strony.

W wyniku tego upewniam się, co do jednego – diabeł tkwi w szczegółach.

 

Mając średnio kilkadziesiąt aplikacji na stanowisko („1” na poniższym schemacie), robię przesiew. Najpierw odrzucam kompletnie niedopasowane CV („2 na poniższym schemacie), czyli takie, w których brak spełnionych podstawowych wymagań określonych w ogłoszeniu. Nie ukrywam, że brak struktury, brak spójności, błędy ortograficzne itp. czynniki również wpływają na decyzje o odrzuceniu CV.

 

Następnie dzwonię do pozostałych kandydatów i na podstawie rozmowy dokonuję kolejnego przesiewu („3” na poniższym schemacie). Dopiero potem decyduje się zaprosić wybranych kandydatów na spotkanie („4).

 

Schemat 1 - lejek rekrutacyjny

schemat pokonać porażkę

W całym tym procesie zarówno ja, jak i większość rekruterów jest bezwzględna. Poza twardymi umiejętnościami zwracamy uwagę na:

 

 

Dopasowanie do aplikacji

Tutaj trzeba sobie odpowiedzieć na podstawowe pytanie: Czy jestem odpowiednią osobą na to stanowisko?

W odpowiedzi nie chodzi tylko o zweryfikowanie twardych wymagań z aplikacji (kursy, edukacja, doświadczenie), ale również nasze umiejętności miękkie i cechy charakteru. Przykładowo, czy jesteś odporny na stres i pracę pod presją czasu? Czy jesteś wstanie samemu organizować sobie pracę?

 

Aplikując na stanowisko „X” w ramach przygotowania, poczytaj, z czym wiąże się dane stanowisko. Przykładowo, szybko zorientujesz się, że stanowisko handlowca wiąże się z potrzebą częstych wyjazdów, ważnym prawem jazdy i nastawieniem na wyniki sprzedażowe. Jeżeli z góry wiesz, że szukasz stabilizacji i określonej podstawy wynagrodzenia – nie aplikuj na takie stanowisko! Oszczędzisz w ten sposób czas sobie i pracodawcy, a dzięki lepszej selekcji docelowych aplikacji, lepiej się przygotujesz do rozmów kwalifikacyjnych i zwiększysz swoje prawdopodobieństwo sukcesu.

 

Nie znaczy to oczywiście, że masz wysłać 5 aplikacji na krzyż i czekać na rezultaty. Ale o tym opowiem Ci w Kroku 3.

 

Jakość i estetykę aplikacji

W morzu CV trzeba się wyróżnić. Nie znaczy to jednak, że możesz wyróżniać się błędami ortograficznymi, interpunkcyjnymi czy niespójnością czcionek. Estetyka i struktura twojej aplikacji mówi sporo o tobie. Przykładowo, jeżeli piszesz, że obsługę pakietu MS office masz w jednym palcu, a twoje CV napisałeś w Comic Sans lejąc tekst bez cienia formatowania – rekruter podważy twoje wcześniejsze zapewnienie, przekuwając twoje mijanie się z prawdą na pozostałe zapisy z CV.

 

Dbając o detale nie zapominaj o dobrym zdjęciu. Nie. Zdjęcie do dowodu się nie nadaje. Idealnie byś patrzył w stronę tekstu, wyglądał profesjonalnie i pewnie siebie. Zdjęcie powinno obejmować twoją twarz i przekonywać do wybrania właśnie Ciebie.

 

Tego typu detali można by jeszcze wymieniać dużo, lecz osobiście wymienię tylko jeden, który zwraca moją uwagę: adres email. Nie mogę uwierzyć jak często widzę aplikacje z adresami w stylu imprezowybartek@interia.pl albo „angelaaaa123@op.pl” . Rozwiązanie? Imię.nazwisko@gmail.com w razie niedostępności, drobne modyfikacje. Najważniejsze by było profesjonalnie.

 

Jeżeli odpowiednio przygotowaliśmy się na etapie aplikowania, mamy szansę dostać się na samą rozmowę kwalifikacyjną. Tutaj pamiętajmy o takich oczywistych z pozoru kwestiach jak:

  • Potwierdzenie naszej obecności z wyprzedzeniem
  • Bycie punktualnie na czas
  • Stosowne ubranie
  • Sprawdzenie, czym się firma zajmuje, jaka jest jej historia itd.
  • Przygotowanie pytań, które chcielibyśmy zadać rekruterowi
  • Przemyślenie swoich mocnych i słabych stron jak również innych popularnych pytań rekrutacyjnych (takich jak „Gdzie widzi się Pan za 5 lat?”)

 

 

Krok 2 – Sprzedaj się!

Jeżeli uważasz, że twoje CV i stojące za nim dokonania wystarczą by przekonać do siebie pracodawcę – niestety jesteś w błędzie. Mimo iż mamy obecnie rynek pracownika to nie zmiana to faktu, że pracodawcy szukają najlepszych, najlepiej dopasowanych osób na dane stanowisko.

 

Aby przekonać ich do siebie musisz się sprzedać dobrze. Wzdryga Cię na samo słowo sprzedaż? Popatrz na to z tej perspektywy, – jeżeli tylko kiedykolwiek:

  • Przekonałeś drugą osobę do siebie na randce
  • Przedstawiłeś swoje pomysły i wpłynąłeś na współpracowników czy szefa
  • Zdobyłeś poparcie wśród znajomych

To znaczy, że z sukcesem się sprzedałeś. Sprzedałeś swoje idee, sprzedałeś zaufanie do siebie i do twoich pomysłów. Tak patrząc na sprawę, każdy z nas jest sprzedawcą.

 

Im wcześniej sobie z tego zdasz sprawę, tym więcej będziesz miał czasu na doskonalenie technik sprzedażowych.

 

W sytuacji poszukiwania pracy, pokonać porażkę związaną z odrzuceniem twojej kandydatury możesz poprzez pokazanie swojej wartości dla organizacji.

Firma zatrudniając dowolną osobę na dowolne stanowisko oczekuje jednego – rozwiązania jakiegoś problemu.

 

Twoim celem jest pokazanie na ile na podstawie swoich doświadczeń i umiejętności jesteś w stanie rozwiązywać bieżące problemy firmy, do której aplikujesz. Jeżeli jeszcze uda Ci się przekonać rekrutera, co do tego, że jesteś osobą, która nie tylko rozwiązuje bieżące problemy (już nazwane i zidentyfikowane, takie jak np. zbyt mała sprzedaż produktów firmy), ale jesteś wstanie rozwiązywać ukryte lub przyszłe problemy (np. przebudowa archaicznej strony internetowej firmy) to znacznie ułatwisz rekruterowi decyzję o zatrudnieniu.

Krok 3 – nie poddawaj się

Aby pokonać porażkę przy poszukiwaniu pracy musisz wyrobić sobie grubą skórę. Rzeczywistość wygląda tak, że będziesz się spotykał z odrzuceniem. Nie oznacza to jednak, że masz zaprzestać poszukiwań. Wręcz przeciwnie. Z każdego odrzucenia wyciągaj wnioski. Ucz się na swoich błędach stale.

 

Tak samo jak silnik, również twoje umiejętności wymagają stałego oliwienia. Jeżeli nie chcesz, aby się zatarły (np., gdy osiądziesz w jednej pracy na wiele lat), musisz stale być w formie.

Aby to robić, odbywaj rozmowy rekrutacyjne nawet, jeżeli nie poszukujesz teraz faktycznie pracy. Pozwoli ci to:

  • otworzyć możliwości, o których może sobie nawet nie zdajesz sprawy
  • zwiększyć twoją wiarę w siebie i swoje możliwości
  • zyskać argumenty na rzecz szybszego awansu i rozwoju w twojej obecnej firmie

 

Ze swojej strony życzę Ci samych sukcesów. Jeżeli tylko odpowiednio się przygotujesz -> sprzedaż -> i nie będziesz się poddawał – na pewno w końcu osiągniesz swoje zawodowe cele.

 

Powodzenia 🙂

 

 

pp36-max pokonać porażkę

Archiwum

Newsletter

Newsletter

Międzynarodowy biznes w Polsce

Wolisz słuchać zamiast czytać? Zapraszam zatem do odsłuchania tego materiału w formie podcastu:

Możesz również pobrać ten odcinek klikając tutaj

 

38 milionów. Wydaje się dużo, do momentu, gdy nie porównamy tego z 7 miliardami. Mowa oczywiście o potencjalnych klientach, do których chcielibyśmy docierać.

Naturalnie, możemy poszerzyć nasze horyzonty i biznes w Polsce, wynieść dalej. Może być również odwrotnie, możemy pracować w polskim oddziale zagranicznej firmy. W obu przypadkach będzie nam potrzebna wiedza o tym jak rozwijać międzynarodowy biznes nad Wisłą. Właśnie o tym porozmawiam z dzisiejszym gościem.

 

Każdy z nas jest inny. Z indywidualnych cech charakteru możemy jednak wyciągnąć wspólny mianownik. W zależności od intencji skończymy ze stereotypem lub ogólną charakterystyką danej narodowości. Umiejętność odróżnienia tych dwóch kwestii pozwoli nam lepiej się komunikować jak również prowadzić biznes.

 

Nauczyć się tego możemy podróżując i poszerzając horyzonty kulturowe. Może się również zdążyć tak, że zdobędziemy tą umiejętność na starcie np. dzięki posiadaniu podwójnego obywatelstwa.

Tak też stało się w przypadku mojego dzisiejszego gościa, Petera Hogrena, Polaka urodzonego w Szwecji i Szweda rozwijającego biznes w Polsce.

 

Pierwszy biznes w Polsce

Bardziej rozbudowaną historię Piotra znajdziesz w nagranym wywiadzie. Tutaj warto nadmienić tylko okoliczności założenia jego pierwszej firmy w Polsce.

Zaproszony przez inwestorów, Piotr dostał 5 minut do namysłu nad przedstawioną mu propozycją rozwoju firmy wiatrowej w Polsce. Na korytarzu czekał już drugi kandydat, gotowy przyjąć to wyzwanie.

Decyzja padła na tak. Był rok 2009.

 

Różnice kulturowo-biznesowe

Wyobraź sobie, że urzędy pracują punktualnie i za punkt honoru stawiają sobie pomoc Tobie. Wyobraź sobie, że wszystkie procedury są przewidywalne i z góry jasno określone. Ludzie stosują się do zasad, nawet tych najbardziej błahych.

Teraz przypomnij sobie jak to wygląda w Polsce.

 

Z takimi różnicami pomiędzy Szwecją a Polską, spotykaliśmy się każdego dnia rozwijając firmę. To właśnie umiejętność zrozumienia tych różnić i zastosowania metod ich obchodzenia stanowi o sukcesie międzynarodowego biznesu.

Zapewniam Cię, że nawet między bardzo zbliżonymi kulturowo krajami takie różnice i konflikty będą się rozwijać.

 

 

Największe trudności w budowaniu międzynarodowego biznesu w Polsce

Z perspektywy ponad 7 letniego doświadczenia w budowaniu międzynarodowego biznesu w Polsce, Piotr dzieli się z nami swoimi doświadczeniami dotyczącymi najcięższych kłód rzucanych pod nogi:

  • Brak stabilizacji politycznej – kluczowa kwestia z perspektywy inwestora. Wykładając pieniądze i poświęcając czas chcemy mieć pewność, że nasze założenia z dnia dzisiejszego będą miały odzwierciedlenie w rzeczywistości pod koniec projektu. Niestety, często u nas prawo działa wstecz.
  • Nadmiernie rozbudowana biurokracja – Od procedury założenia spółki, poprzez jej rozliczanie z fiskusem a na prawie pracowniczym kończąc.
  • Chaotyczność w działaniu – Często biznes w Polsce mimo ustalonych reguł działa chaotycznie, albo próbując się dostosować do powyższych punktów, albo z innych mniej znanych przyczyn.

 

Co my, Polacy możemy zrobić by lepiej działać w międzynarodowej firmie?

  • Szlifować język angielski do perfekcji
  • Nie podchodzić emocjonalnie i osobiście do biznesu. Nabrać większego dystansu
  • Skupić się na skutecznej komunikacji. Pamiętajmy, że angielski jest naszym drugim językiem (ESL). Jeżeli tak samo jest po drugiej stronie to dwie strony tłumaczą swoją treść na angielski z wykorzystaniem specyficznych dla siebie słów, wyrażeń itd. koniec końców – te same zdania mogą być zupełnie inaczej rozumiane po obu stronach. Rozwiązanie? Upraszczać komunikację, parafrazować wypowiadane treści i prosić o potwierdzenie swoimi słowami drugiej strony. W dress code obowiązuje zasada: lepiej wyglądać bardziej formalnie niż casualowo. W komunikacji jest odwrotnie: im prościej tym lepiej.
  • Stworzyć strukturę w firmie, która będzie brała pod uwagę różnice w prowadzeniu biznesu w poszczególnych krajach

 

W dress code obowiązuje zasada: lepiej wyglądać bardziej formalnie niż casualowo. W komunikacji jest odwrotnie: im prościej tym lepiej
twitter

Jakie były największe błędy, których Piotr doświadczył we współpracy Polsko-Szwedzkiej?

Wszystko rozbija się o niedopracowaną komunikację i brak struktury. Jeżeli zwalczymy te dwa problemy jesteśmy na dobrej drodze do zbudowania zdrowego biznesu.

 

Kolejną kwestią jest wychodzenie z perspektywy „wszystko wiedzącej”. Załóżmy, że to my inwestujemy pieniądze w kraju mniej rozwiniętym od nas. Jeżeli wyjdziemy z założenia, że wszystko wiemy najlepiej i że metody wypracowane w naszym kraju wystarczy skopiować i wkleić w nowym – sami sobie kopiemy grób.

 

W rzeczywistości musimy być, żyć i chłonąć tą drugą kulturę. W ten sposób będziemy wstanie tworzyć zdrową i prężną organizację międzynarodową.

 

Czy nadal masz wiarę w Polskę?

Mimo wszystkich zawirowań na naszym rynku, odpowiedź jest na Tak. Piotr nadal inwestuje i rozwija biznes w Polsce i nie zamierza tego zmieniać. Mamy potencjał i zasoby do tego by odnieść międzynarodowy sukces.

Zacznijmy od zadbania o dobrą komunikację i strukturę. Reszta powstanie na bazie tego.

 

 


A ty, jakie masz doświadczenia z międzynarodowym biznesem? Pracujesz w zagranicznej korporacji? Poszukujesz inwestorów poza Polską, czy jeszcze coś innego?

 

Pozdrawiam,

 

Wybrane źródła:

 

 

Peter Hogren 🙂

pp33-max biznes w Polsce

Archiwum

Newsletter

Newsletter

Życie i praca na Malcie

Wolisz słuchać zamiast czytać? Zapraszam zatem do odsłuchania tego materiału w formie podcastu:

Możesz również pobrać ten odcinek klikając tutaj

 

Przyszedł już ten czas, aby wyemigrować! Znam angielski, nic mnie tu nie trzyma, więc jadę na wyspy. No tak, ale po Brexicie chyba nie będą to Wyspy Brytyjskie… Na ratunek zmierza archipelag niewielkiego i mało znanego w Polce kraju – Malty.

Dzisiaj razem z moim gościem przybliżymy Ci realia życia i pracy na tej wyspie wielkości Krakowa na Morzu Śródziemnym.

 

 

Przepraszam, ale z kim mam przyjemność?

Nasz dzisiejszy bohater, po studiach w Rzeszowie wyruszył za pracą do Krakowa. Tam w dwóch międzynarodowych korporacjach zaznał życia pod krawatem i nauczył się poruszać się w tym specyficznym środowisku. Sztywne zasady, mała elastyczność i duże budżety. Wszystko to ma swoje plusy i minusy – tym bardziej widoczne, gdy udamy się do bajecznego, subtropikalnego kraju.

 

Na Maltę Mateusz udał się w celach turystycznych. Niemniej jednak po kilku miesiącach historia zatoczyła koło i zjawił się tam ponownie. Tym razem na dłużej.

 

 

Słów kilka o Malcie

Tak jak to Mateusz zauważył w naszej rozmowie, świadomość wśród Polaków o tym wyspiarskim kraju jest naprawdę niewielka. Prawie tak niewielka jak jego powierzchnia – 320 km2, czyli wielkości Krakowa. Co ciekawe, mieszka tu o połowę mniej ludzi niż w naszej turystycznej stolicy.

 

Jeśli chodzi o lokalizację, to wystarczy nam godzinka na promie i już jesteśmy we Włoszech. Ściślej mówiąc: będziemy potrzebowali przebyć tylko 80 km  w drodze na kontynent. Tę i inną drogą rocznie dociera do Malty 1,5 miliona turystów. Czeka na nich klimat śródziemnomorski, przyjaźni mieszkańcy i największa ilość zabytków w przeliczeniu na km2 na świecie.

 

To ostatnie jest wynikiem burzliwej historii Malty, która jako ze względu na swoją strategiczną pozycję w Basenie Morza Śródziemnego, przechodziła po kolei z rąk do rąk. Najpierw u Fenicjan, dalej u Rzymian potem Turków, Francuzów i na końcu Anglików. Ci ostatni zostawili tutaj swój język, który razem z maltańskim stanowi język urzędowy.

 

Co ciekawe poziom znajomości i rozpowszechnienia języka angielskiego jest na archipelagu maltańskim tak wysoki, iż stał się on kolebką wybitnych szkół językowych. Zjeżdżają tutaj studenci z całego świata. A więc praca na Malcie czy też wczasy nie są jedynym powodem, dla którego tak wielu zmierza do tak małego kraju.

 

 

Wyobraź sobię wyspę wielkości Krakowa, dryfującą po morzu śródziemnym. Do tego podziel ilość mieszkańców na dwa. Rezultat - Maltatwitter

 

 

Życie na Malcie

Kontynuując powyższy wątek zastanówmy się jak wygląda życie emigranta w tym kraju. Tak jak wspomniałem, dogadamy się bez problemu dzięki wszechobecności języka angielskiego. Przy okazji będziemy mieli możliwość poznać wielu rodowitych Brytyjczyków, którzy hordami nawiedzają wyspy Malty. Znani ze swoich nieokrzesanych zachowań po alkoholu mogą nam podnieść poziom adrenaliny we krwi.

 

Nie odczujemy tego jednak od miejscowych, którzy są niezmiernie przyjaźnie i pogodnie nastawieni do przyjezdnych. Wynika to nie tylko z ich dobrego usposobienia, ale również z faktu, o którym wspomniałem: Malta jest istnym zagłębiem szkół językowych. Rodzice z całego świata wysyłają swoje nastoletnie pociechy, aby uczyły się tutaj obcych języków. Stąd też miejscowym bardzo zależy na tym, by ich pobyt odbył się spokojnie i bez powikłań.

 

Gdy już przyjdzie naszym przyjezdnym dokonać pierwszego zakupu, odbędzie się on w walucie EURO. Malta jest bowiem członkiem Unii Europejskiej, również w jej monetarnym wymiarze. Jeśli chodzi zaś o podstawowe koszty życia, to nie różnią się one znacząco od tych w Polsce.

 

Przykładowo, w kwestii transportu: 2-godzinny bilet będzie nas kosztował 2 euro. Jest to bilet przesiadkowy, możemy za jego pomocą przemieszczać się dowolnym autobusem, jak również promem, które sprawują się zdecydowanie lepiej w codziennej komunikacji. Wynika to z bardzo dużego zagęszczenia samochodów osobowych – znaczenie przekraczającego przepustowość lokalnych dróg.

 

Inne codzienne wydatki znajdziesz w tabeli poniżej:

 

Tabela 1 - wybrane koszty życia na Malcie

ropp25 tabela - praca na Malcie

 

To, na co warto zwrócić uwagę to kwestia wynajmu mieszkań. Nie mamy tu, co prawda, problemów z wysokim progiem wejścia, o jakim mówił Bartek w kontekście życia w Manchesterze (gdzie od wynajmujące wymaga się m.in. potwierdzenia stałego zatrudnienia), niemniej jednak mamy napływ turystów i studentów, którzy szybko rozchwytują dostępne mieszkania, jak również i pojedyncze pokoje. Wniosek – chcąc przeprowadzić się na Maltę poszukuj mieszkania poza sezonem, np. w styczniu czy lutym. Tak też zrobił Mateusz, korzystając z polecenia swojej znajomej. Dzięki temu nie dość, że znalazł ciekawe lokum w przystępnej cenie (200 euro) to jeszcze uniknął prowizji agentów nieruchomościowych, którzy za znalezienie lokum liczą sobie jeden czynsz z wynajmu.

Reasumując, w kwestii zakwaterowania lepiej trzymać się z dala od morza. Zasada jest prosta – im bliżej wody i dzielnic turystycznych, tym drożej.

 

ropp25 1 - praca na malcie
ropp25 3
ropp25 2

Praca na Malcie

Tak, jak już wspominałem, Mateusz niedługo po wizycie turystycznej na Malcie dostał wiadomość przez linkedin dotyczącą procesu rekrutacyjnego prowadzącego przez naszą krajankę, obecnie również zamieszkałą na wyspach.

 

Procedura rekrutacyjna odbyła się szybko i sprawnie: najpierw były dwie rozmowy na skypie, przy czym druga już z szefem firmy. Następnie przyszło zakupić bilet na Maltę, spotkać się z nowymi kolegami i pracodawcami i voila la! Wylatujemy już gotowi do podjęcia nowego zajęcia. Dwa tygodnie później Mateusz już z większymi walizkami wylądował z powrotem na Malcie.

Warto nadmienić, że znalazł zatrudnienie w branży finansowej – jednej z trzech prężnie działających sektorów maltańskiej gospodarki, gdzie pierwszym z nich jest naturalnie turystyka. Tutaj możemy ubiegać się o tzw. Summer jobs (prace letnie) na stanowisku kelnera, sprzątacza itd.

 

Druga w kolejności przychodzi branża igamingu. Od 2000 roku złożono ponad 500 aplikacji na rozpoczęcie działalności w ramach maltańskiego urzędu loterii i gier.  Co ciekawe, wszystkie formy interaktywnego igaminu mogą być rozwijane na Malcie, poczynając od internetowych kasyn, bukmacherki, loterii na jednorękich bandytach kończąc. Gwałtowny rozwój igamingu na Malcie wynika z faktu iż:

  • Malta jest jedynym krajem w ramach EU, który skutecznie uregulował sektor internetowych gier,
  • Malta jest rajem podatkowym,
  • Proaktywne podejście maltańskiej władzy w stosunku do sektora igaminu,
  • Dobra infrastruktura telekomunikacyjna,

Trzecia przychodzi branża finansowa, w której również Mateusz znalazł zatrudnienie. Jej gwałtowny rozwój można zawdzięczać niezwykle korzystnym ulgom podatkowym, które wręcz czynią Maltę rajem podatkowym.

 

Podsumowując: praca na Malcie może być ciekawym i dochodowym zajęciem, o ile znajdziemy się w trzech głównych branżach: turystycznej, igamingowej czy też finansowej. Należy pamiętać, ze nie jest to prężnie rozwijająca się gospodarka z milionami ludźmi stale zasilającymi jej szeregi. Jest to kraj mały, o jeszcze mniejszej populacji. Niemniej jednak, jeżeli dobrze wszystko zaplanujemy to znajdziemy tu dla siebie miejsce.

Przede wszystkim pamiętajmy o tym, aby większość procesu rekrutacyjnego dokonywać jeszcze z poza jej granicami: w ten sposób unikniemy nieprzyjemnego rozczarowania i stanu zawieszenia po przyjeździe na miejsce.

 

 

Dla kogo się Malta nie nadaje

Na koniec warto wymienić, dla kogo Malta się nie nadaje. Możemy wyszczególnić następujące grupy ludzi, którzy powinni dwa razy przemyśleć swoją decyzję o wyjeździe na ten wyspiarski kraj:

- osoby o zbyt dużych wymaganiach finansowych

- osoby o tendencji do zbyt szybkiego nudzenia się i unikania monotonii (Malta z racji na swój rozmiar jest dosyć przewidywalna, a zasób atrakcji jest mocno ograniczony). Dodatkowo życie tutaj toczy się w lecie, poza sezonem jest uśpiona

Dla kogo Malta nadaje się z całą stanowczością?

Dla nurków 🙂 dla nich będzie to raj z racji na ilość dostępnych miejsc czy też temperaturę wód.

Wybrane źródła:

 

Mateusz Esing 🙂

Igaming

Informacje o Malcie

Zdjęcia Malty

 

ropp25 max - praca na malcie

Archiwum

Newsletter

Archiwum

Newsletter

Newsletter

Jak zdobyć finansowanie na swoją firmę?

Wolisz słuchać zamiast czytać? Zapraszam zatem do odsłuchania tego materiału w formie podcastu:

Możesz również pobrać ten odcinek klikając tutaj

 

 

Już wiem, to genialne! Mam pomysł na nowy biznes. No tak.. Tylko skąd wziąć na to pieniądze?

W rzeczywistości od pomysłu do działającego biznesu dzielą nas lata świetlne. Po drodze stoi zatrudnienie pierwszych pracowników, zbudowanie organizacji, zbudowanie produktu, dotarcie z nim do grupy docelowej no i oczywiście pozyskanie kapitału na to wszystko. O tym jak się do tego mądrze zabrać dowiesz się od mojego dzisiejszego gościa.

 

 

Trudne początki

Zaczęło się od inspiracji Amerykańskim modelem bankowości, w którym klient chcąc pozyskać kapitał, zamiast wsiadać w samochód i udawać się do banków, mógł wejść na stronę internetową i zrobić wszystko zdalnie.

 

Paweł, doświadczony doradca kredytowy znał ten temat od podszewki. Widząc realny problem klientów postanowił zszyć na polską miarę Amerykański model bankowości zdalnej.

Jak łatwo się domyśleć banki to jedno z ostatnich miejsc gdzie spodziewamy się nieszablonowego myślenia i wychodzenia z rewolucyjnymi pomysłami. Przykładem może być chociażby trudna przeprawa, jaką przeszedł PayPal w Stanach.

 

W Polsce wprowadzenie usługi w ramach, której klient mógłby bez wychodzenia z domu wystąpić z wnioskiem o przyznanie kredytu, a druga strona mogłaby rzetelnie, lecz sprawnie sprawdzić jego zdolność kredytową, również nie przyszło łatwo. Potwierdzeniem tego były negocjacje z pierwszym bankiem, które trwały okrągły rok…

 

 

Główne przeszkody w zakładaniu biznesu

Oczywiście kłody pod nogi rzucały się same. Były problemy techniczne z funkcjonowaniem platformy Akredo, na której klienci mogą ubiegać się o konsolidację swoich kredytów i pozyskiwanie nowego finansowania. Były problemy ze stworzeniem efektywnej kampanii marketingowej, jak również były problemy ze skuteczną obsługą klientów.

 

Wszystkie te kwestie przy odpowiednich kompetencjach i czasie można było rozwiązać. Brakowało tylko magicznego składnika X w tej mieszance – mianowicie pieniędzy. Te pojawiły się z czasem.

 

Lekcja, którą możemy wyciągnąć z historii Akredo jest taka, że w Polskich realiach nie mamy, co liczyć na łatwowiernych inwestorów z pękającymi teczkami wypełnionymi pieniędzmi. Nikt już nie sfinansuje naszego pomysłu tylko na podstawie prezentacji w power pointcie.

Zamiast tego będziemy potrzebowali solidnego planu, dużych kompetencji w danej dziedzinie i namacalnej wersji beta naszego projektu.

 

 

Nikt nie sfinansuje naszego pomysłu jakkolwiek dobry by on nie był, tylko na podstawie prezentacji w power pointcie.twitter

 

 

Rozwińmy te elementy:

 

1..Solidny plan

Tutaj mam na myśli przede wszystkim cyfry. Każdy inwestor w pierwszej kolejności popatrzy na cyfry w naszym budżecie. Gdzie i na co planujemy wydatki. Dla doświadczonego inwestora to tak jakby spojrzeć w wyniki morfologii dla doktora. Widzi on od razu jak działa dany biznes:, co jest zawyżone a co zaniżone. Czy pacjent będzie żył? Od odpowiedzi na to pytanie zależy finansowanie naszego biznesu.

 

 

2..Duże kompetencje

Bez dokładnej wiedzy o branży, jej mocnych i słabych stronach, konkurencji w niej panującej itp. Nie przekonamy nikogo do wyłożenia pieniędzy na nasz projekt. Kluczem jest to abyśmy znali zasady gry, w która planujemy zagrać.

Nie oznacza to, że mamy wiedzieć wszystko i znać się na wszystkim. Wręcz przeciwnie, docelowo to dzięki delegacji będziemy wstanie rozwijać siebie jak i naszą firmę, ale o tym pomówimy przy okazji współpracowników…

 

 

3..Wesja beta

Nawet, jeżeli mamy już solidny plan naszego nowego projektu oraz posiadamy konkretne kompetencji w branży, w której planujemy działać i tak będziemy potrzebowali namacalnej wersji naszego produktu.

Tak jak mówiłem wcześniej, nie wystarczy nam ładna prezentacja. Zamiast tego nasi inwestorzy będą oczekiwali jakieś formy prototypu. Czy to będzie szkielet strony internetowej, plastikowy prototyp produktu, czy szkic książki – nie przychodźmy na rozmowy z pustymi rękami. Zamiast tego, jeżeli chcemy znaleźć finansowanie, wyłóżmy swój własny kapitał na przygotowanie tej wersji beta naszego produktu.

 

 

Boisz się? Wyłóż własne pieniądze!

Wielu przedsiębiorców obawia się o swoje zaangażowanie i długofalowy wkład w swój biznes. Boją się również, że nie będą wstanie zarządzać czyimiś pieniędzmi. Rozwiązaniem tego problemu jest wyłożenie własnego kapitału w swój biznes. Ściślej mówiąc nadwyżek kapitału, którymi dysponujemy.

Dzięki temu każda lekcja (strata pieniędzy) będzie przez nas dożywotnio zapamiętana, a ucząc się na własnych błędach staniemy się bardziej dojrzałymi przedsiębiorcami.

 

Podobną ścieżkę obrałem przy portalu Rozwój Osobisty Po Polsku, o czym mówiłem w odcinku poświęconym podsumowaniu pierwszego półrocza, gdzie wspominałem, że cały kapitał na rozwój strony pozyskałem z dodatkowej pracy i sprzedaży gadżetów i innych mniej lub bardziej potrzebnych sprzętów.

 


Uwaga: zaciągnie kredytu pod swój pierwszy biznes jest ogromnie ryzykowne! Jeżeli nie jesteś urodzonym przedsiębiorcą to lekcje, które wyciągniesz z tej porażki możesz odczuwać przez wiele następnych lat.


 

 

A co jeżeli świnka jest pusta?

Może i zapewne stanie się tak, że Twojego prywatnego kapitału nie wystarczy na realizacje całego projektu. Może się zdążyć tak, że nie będziesz miał czasu lub cierpliwości by czekać na jego zbieranie. I co wtedy? W polskich warunkach możesz liczyć na dwa koła ratunkowe:

 

1..Fundusze inwestycyjne

Wyobraź sobie, że posiadasz nadwyżki w budżecie domowym. Zamiast pieniędzy wkładać na lokatę decydujesz się przekazać je komuś, kto je mądrze zainwestuje, czyli włoży np. w nowo powstającą firmę. Jeżeli ta firma odniesie sukces wtedy ty będziesz się cieszyć swoim zarobkiem. Jeżeli firma upadnie, ty stracisz swoją inwestycje.

Problem pojawia się, gdy u steru funduszy zasiadają np. „doświadczeni” doradcy inwestycyjni, którzy nigdy nie odpowiadali personalnie za generowane straty w wyniku ich złych decyzji. Tego typu finansowanie będzie Ci łatwiej namówić na inwestycję w Twoją firmę, lecz nie będą za tymi pieniędzmi płynęły wiedza i wsparcie tak bardzo potrzebne przy rozkręcaniu każdego biznesu.

 

Zdecydowanie lepiej poszukać mentora z zasobnym portfelem, który nie tylko zapewni nam zastrzyk gotówki, lecz również pomoże je mądrze wydać. Nie jest łatwo znaleźć takiego partnera, ale uwierz mi, że warto poświęcić czas na poszukiwania.

 

 

2..Dodatkowe ręce do pracy

Jeżeli opcja pierwsza nie wydaje Ci się realna, pozostaje Ci znaleźć i przekonać innych ludzi do tego by to swoją ciężką pracą pomogli Ci stworzyć wersję beta, z którą pójdziesz dalej, lub nawet wersję ostateczną twojego produktu.

To, co jest niezwykle ważne na tym etapie to to, aby nie pomylić kolejności. Ludzie bardzo często najpierw szukają wspólników do swoich biznesów, a dopiero potem zastanawiają się, czym Ci wspólnicy powinni się w ramach organizacji zająć. A powinno być odwrotnie.

 

Zdecydowanie bardziej rozsądnie najpierw znaleźć i przetestować współpracownika po to by w nagrodę za ciężką pracę uczynić go wspólnikiem.

 

 

Na zakończenie Paweł podzielił się z nami kilkoma radami dotyczącymi mądrego prowadzenia biznesu oraz zarządzania pieniędzmi.

- na początku spodziewajmy się dużo pracy, ale z czasem zaczniemy wraz z rozwojem firmy się dzielić naszymi obowiązkami

-biznes to lekcja i niekończąca się przygoda

-pamiętaj, aby zawsze inwestować własne pieniądze zanim kogokolwiek poprosisz o finansowanie

-szukaj wiedzy, a nie tylko samych pieniędzy – one przyjdą z czasem

-skup się początkowo na szukaniu współpracowników, a nie wspólników

-nie zapominaj o świecie poza biznesem, pamiętaj o tym by rozwijać swoje pasje

-aby mądrze zarządzać pieniędzmi bądź odpowiedzialny i nie pakuj się w biznes, który nie ma przyszłości

Jeżeli ciekawi Cię jak potoczyła się historia akredo, możesz sprawdzić tutaj

 


Uwaga:

Specjalnie dla was, Paweł zgodził się na odpowiadanie na wasze pytania i komentarze dotyczące pozyskiwania kapitału na własny biznes. Pytania o finansowanie firmy, możesz zadawać poniżej. Paweł będzie dla was dostępny przez trzy następne dni od publikacji, czyli do czwartku 30 czerwca. Potem będziecie skazani na mnie 🙂


 

Pozdrawiam,

 

Wybrane źródła:

 

Paweł Weber 🙂

 

ropp23 max - finansowanie

Archiwum

Newsletter

Newsletter

Poznaj proces rekrutacji od podszewki

Wolisz słuchać zamiast czytać? Zapraszam zatem do odsłuchania tego materiału w formie podcastu:

Możesz również pobrać ten odcinek klikając tutaj

 

O rekrutacji łatwo rozmawia się teoretyzując. Wystarczy przeczytać kilka mądrych książek i artykułów, zastosować wybrane techniki w praktyce i gotowe! Wykwalifikowani i głodni sukcesu kandydaci już pukają do naszych drzwi.

 

Tak mogło to wyglądać za czasów rynku pracodawcy, obecnie jednak w coraz większym stopniu zaczyna brakować rąk do pracy. W związku z tym, to pracownicy zaczynają przebierać w ofertach. Od rekruterów wymaga to dodatkowego wysiłku. Dzisiaj razem z moim gościem przybliżymy Ci współczesny proces rekrutacyjny od podszewki.

 

Kilkanaście lat doświadczenia w procesie rekrutacji

Poniższe przemyślenia stanowią esencję mojej rozmowy z Karolem Nagórką, obecnie dyrektorem ds. sprzedaży w Akredo. Karol, mimo braku formalnego wykształcenia w przeprowadzaniu procesów rekrutacji, od momentu objęcia stanowiska kierowniczego zaczął być odpowiedzialny za proces zatrudnienia zarówno osób jemu bezpośrednio podległych jak również pracowników innych działów.

 

W mojej ocenie wynika to z rentgenowskiego wręcz sposobu, w jaki Karol ocenia nowo powstałe osoby. Dosłownie po kilku minutach rozmowy jest on wstanie ocenić czy dana osoba jest wiarygodna, czy można jej ufać czy jest rzetelna lub wręcz czy jest dobrą osobą.

 

Wiem o tym wszystkim, bo miałem przyjemność pracować z Karolem przez blisko 4 ostatnie lata, w sektorze wiatrowym. Tam też dla firmy Greenfield Wind, Karol przeprowadzał proces rekrutacji Asystenta Kierownika Projektów (Assistant Project Manager). Stanowisko, na które koniec końców zatrudnił mnie.

 

Dalej w toku mojej kariery, również uczestniczył w dalszej mojej wewnętrznej rekrutacji, gdy przechodziłem to kolejno na stanowiska Kierownika Projektów (Project manager), kończąc na Kierowniku ds. rozwoju biznesu (Business development manager).

 

Dzisiejszy wpis będzie dosyć krótki –  nie byłem w stanie opisać wszystkich ciekawych anegdot i historii wyciągniętych z pracy Karola jako rekrutera, dlatego zapraszam Cię serdecznie do odsłuchania również podcastu, w którym znajdziesz dużo tego typu informacji.

 

Kanały poszukiwania kandydatów

Polecenie często kojaży się z  formą cwaniactwa, czy wkupywania się w stanowisko. Naturalnie, obecne są często w naszych realiach zachowania nepotyczne, gdy zatrudniane są osoby z rodziny, czy z tej samej partii lub grupy znajomych.

W rzeczywistości polecenie posiada drugą znacznie jaśniejszą stronę. W niej zakładamy, iż na podstawie swojego doświadczenia, renomy i reputacji zdobywamy szanse zaistnienia w nowych organizacjach tworzonych albo przez naszych byłych współpracowników, przełożonych lub nawet osoby nam nieznane, (które za to opierają się na zarekomendowaniu naszej osoby).

 

Z perspektywy osoby, która zjadła zęby na rekrutacji, Karol uważa, iż polecenie – to dobre polecenie, stanowi podstawę całego procesu rekrutacyjnego. To od tego zaczynamy. Dopiero w dalszej kolejności, gdy nie znajdujemy dostatecznej ilości kandydatów z tego kanału, przechodzimy dalej.

 

Musimy również pamiętać o minusach tego typu kanału pozyskiwania kandydatów. Najważniejszym w mojej ocenie jest fakt, iż wybierając osoby, które już znamy, nie dajemy sobie szansy na zastrzyk świeżej krwi do naszej organizacji. Jasne, łatwiej nam się rozmawia i pracuje z osobą podzielającą nasze poglądy, ale musimy również mieć u siebie w zespole ludzi, którzy nie będą nam we wszystkim przytakiwali, lecz będą poszukiwać nowych metod i rozwiązań.

 

Reasumując, polecenie nie zawsze gwarantuje nam pracę. Jest to jedynie sposób na przekazanie informacji o tym, że dana praca ogólnie jest dostępna. Procesu rekrutacyjnego i tak nie unikniemy.

 

Szczera rekomendacja to nagroda za tytaniczną pracętwitter

 

 

Gdy wyczerpiemy już sieć kontaktów z polecenia, a nie posiadamy budżetu na wynajęcie firmy head-hunterskiej, nie pozostaje nam nic innego jak skorzystać z ogłoszeń internetowych. Do wyboru mamy szeroką gamę płatnych i bezpłatnych portali, z których w pierwszej kolejności można wymienić:

  • pracuj.pl
  • job.pl
  • linkedin
  • goldenline
  • a nawet Facebook

 

Przy poszukiwaniu pracy przez Internet łatwo wpaść nam w nawyk strzelania z karabinu, (o czym mówiliśmy z Mateuszem w odcinku 8). Mianowicie zaczynamy wysyłać oferty na dziesiątki, setki aplikacji bez większej ich weryfikacji. Skutek: skuteczność spada, frustracja wzrasta.

 

Jakie inne plusy i minusy poszukiwania pracy przez Internet wyszczególnia Karol?

Tabela 1. plusy i minus poszukiwania pracy przez insternet

ropp21 tab1 - rekrutacji

 

 

 

Pułapki na szukających pracę

Tak jak wspomniałem na początku, obecnie mamy do czynienia z rynkiem pracownika. Oznacza to, że ilość ofert pracy przewyższa ilość (adekwatnych) kandydatów. Stwarza to złudne wrażenia kontroli u poszukujących pracy. Stają się oni w tym momencie zbyt pewni siebie i popełniają głupie błędy.

 

Takimi błędami jest np. niesprawdzenie firmy, do której aplikujemy. Wystarczy, bowiem kilka minut na stronie internetowej naszego potencjalnego pracodawcy, a unikniemy żenującej ciszy zapytani o profil i cele firmy. Dodatkowo równie często zdarza się, że kandydaci nie pokazują dostatecznie mocno, że na pracy im zależy. Zapytani o możliwość podjęcia się np. wymagającego projektu, odpowiadają: może.. Musiał bym się zastanowić itd.

 

Różnice między zewnętrznymi a wewnętrznymi procesami rekrutacyjnymi

Zastanawiasz się nad tym czy powierzyć weryfikację kandydatów firmie zewnętrznej czy wykonać cały proces samemu? Prostą kalkulacją, którą możesz wykonać to:

  1. Oszacować czas potrzebny na przeprowadzenie procesu rekrutacyjnego
  2. Wyliczyć swoją (lub innej osoby odpowiedzialnej za poszukiwania) stawkę godzinową
  3. Przemnożyć i porównać ze stawkami firm head-huntingowych

 

Najważniejsze jest, aby efektywnie wykorzystywać czas i zasoby, jakimi dysponujemy. Przedsiębiorcy (a zwłaszcza Ci mali) często wpadają w pułapkę syndromu supermana próbując wszystko wykonać samemu. W rzeczywistości ich firmy osiągałyby zdecydowanie lepsze rezultaty gdyby szefowie delegowali więcej zadań bardziej sprawnie.

 

Musimy dodatkowo pamiętać, że nawet, jeżeli zalecimy rekrutację na zewnątrz, to nadal finalna decyzja będzie zależeć od nas. To w końcu my będziemy pracować z nową osobą prawda?

 

Rady dla poszukujących pracy

Zastanawiasz się jak zwiększyć swoje szanse podczas procesu rekrutacji? Razem z Karolem prezentujemy Ci listę dobrych rad do zastosowania głównie podczas samej rozmowy kwalifikacyjnej:

-nie powinno się używać zwrotu „przepraszam za spóźnienie”, samo spóźnienie jest złe, ale można inaczej o tym poinformować. Grunt to być szczerym i otwarcie przyznać się do popełnionego błędu i wziąć winię na siebie (tak jak o tym mówiłem w odcinku dotyczącym punktualności)

-nie odbieraj telefonu (nawet wibracje są niestosowne). Najlepiej telefon wyłączyć lub zostawić w aucie lub na recepcji.

-nie dodawaj sobie profesjonalizmu (można pochwalić się projektami, sukcesami, a nie tylko pustymi słowami),

-nie używać wyrażenia „nie wiem”. Lepiej obrócić rozmowę na tory nam znane

-nie można mieć zbyt dużych oczekiwań (najpierw pokaż, a potem stawiaj oczekiwania),

-zrób dobre wrażenie (pierwsze 10-15 min jest kluczowe, dalej zaczyna się koleżeńska rozmowa. Pamiętaj również o tym by być naturalnym oraz by schludnie się ubrać, stosownie do stanowiska, na które aplikujemy),

-sposób przywitania się i kontakt wzrokowy (muszą być stanowcze i kulturalne),

-bądź miłą osobą :),

-przygotuj się na rozmowę (nazwisko osoby rekrutującej, branża firmy itd.),

-uważnie słuchaj, co do Ciebie mówią,

-nie przekładaj spotkania, (jeżeli nie możesz być, poinformuj)

 

Dlaczego odpadłem

Mimo szczerych chęci i pozytywnych wrażeń, jest szansa, że nie uda Ci się dostać wymarzonej pracy. Jakie mogą być tego obiektywne skutki? Karol dzieli się z nami tymi kwestiami, o których rekruter zapewne Ci nie powie.

-rekruter Cię nie polubił. Brzmi brutalnie, ale pamiętaj: chcemy pracować i robić interesy z ludźmi, których lubimy,

-nieschludny wygląd zewnętrzny – czasem decyzja o zostawieniu garnituru w szafie może kosztować nas prace,

-zbyt atrakcyjny wygląd – celem jest pokazać nasz profesjonalizm,

-została zatrudniona inna osoba – np. z polecenia,

-zbyt wysokie oczekiwania finansowe – firmy mają często jasne polityki dot. Wyliczania wysokości wynagrodzeń, dobrze zorientować się w tej kwestii przed spotkaniem.

 

Na koniec warto nadmienić, że obecnie pracodawcy otwierają się na kandydatów, stają się elastyczni umożliwiając np. rozmowy poprzez Skype, telefon, zamiast natychmiastowego ścigania nas do swoich siedzib. Najważniejsze to abyśmy wszyscy szanowali swój czas.

 

Tym optymistycznym akcentem zakończmy ten krótki wpis. Jeżeli spodobała Ci się rozmowa z Karolem, i zaciekawiły Cię jego doświadczenia w zakresie rekrutacji, masz możliwość poznać je z bliska. Akredo prowadzi obecnie proces rekrutacyjny, w związku z tym możesz skontaktować się ze mną, a ja przekażę Twoją aplikację do Karola. Wystarczy, że klikniesz tutaj

 

Dziękuję Ci za zapoznanie się z tym materiałem 🙂

Pozdrawiam serdecznie,

 

 

Wybrane źródła:

 

Karol Nagórka 🙂

 

 

ropp21 max - rekrutacji

Archiwum

Newsletter

Archiwum

Newsletter

Życie i praca w Tanzanii

Wolisz słuchać zamiast czytać? Zapraszam, zatem do odsłuchania tego materiału w formie podcastu:

Możesz również pobrać ten odcinek klikając tutaj

 

Jeśli potrzebujesz gruntownej zmiany otoczenia, a jednocześnie dobrze czujesz się w gorącym klimacie możesz zastanawiać się nad podróżą do Afryki. Niezależnie od tego, czy cel tej podróży miałby być turystyczny czy zawodowy – musisz się naprawdę poważnie wyedukować, jeśli chcesz uniknąć nieprzyjemnych sytuacji i napawać się pięknem tego kontynentu. Naukę od czegoś trzeba zacząć, dlatego dzisiaj razem z moim gościem porozmawiamy o tym, jak jedna impulsywna decyzja o wyjeździe może rozpocząć długą i fascynującą przygodę, która w tym przypadku swój finał miała w Tanzanii.

I to właśnie tej długiej przygodzie przyjrzymy się najpierw bo przecież nie cel jest najważniejszy, lecz sama podróż...

 

Co było przed Tanzanią?

Emigracja zarobkowa Oli rozpoczęła się od pracy na promie Ulisses kursującym na trasie Dublin – Holyhead. Jako wykształcony i doświadczony krupier w wyniku wielu zewnętrznych czynników stała się bezrobotna. Był rok 2005. Poinformowana przez mamę, Ola bez chwili zawahania zdecydowała się aplikować do pracy na wspomnianym promie. Nie minęło wiele czasu, a stały ląd zastąpiła otwartym morzem.

 

Praca łatwa nie była, ale płaca rekompensowała trudy. 900 funtów miesięcznie w tamtych latach robiło wrażenie na każdym.  Problemy pojawiły się, gdy statek przeszedł z bandery irlandzkiej na cypryjską. Wtedy rozpoczął się wyzysk i nadużycia – zwłaszcza w stosunku do pracowników z bloku wschodniego. Sytuacja była szczególnie trudna dla kobiet, które często z desperacji i strachu stawały się „zahukane”, koniec końców godząc się na wszystko, co druga strona im chciała zgotować.

 

Takiej łatki Oli na pewno nie przypniemy, bowiem potrafiła się ona skutecznie bronić i stawiać na swoim. Tak było również w przypadku patowej sytuacji na promie, gdy po wybuchu i uczestnictwie w proteście, została zwolniona (czytaj: wyrzucona na ląd) przed skończeniem 6-miesięcznego kontraktu, postanowiła działać. Sama będąc młodszym marynarzem, zgłosiła się do władz NSZZ Solidarność o pomoc w dochodzeniu swoich praw. Finał ten historii? Sowite odszkodowanie za poniesione szkody i pełne wsparcie. Tak działa unia morska, w której 50-letni rybak z dwudziestoma latami spędzonymi na kutrze jest traktowany na równi z młodym krupierem pracującym na promie. W chwili potrzeby – wszystkie ręce na pokład. Stąd też, jeśli kiedykolwiek przyjdzie Ci podjąć pracę poza stałym lądem, członkostwo w unii morskiej potraktuj, jako ubezpieczenie OC – z tym, że jest o wiele tańsze i obowiązuje na całym globie bez wyjątków (wysokość składki zależy od obejmowanego stanowiska, gdzie dla młodszego marynarza wynosi ona mniej niż 100 zł rocznie).

 

Niezależnie od szczęśliwego zakończenia epizodu na promie, Ola znalazła się w Dublinie i nie wiedziała, co ze sobą począć. Wychodząc z założenia, iż większość jej znajomych już się tam przeniosła (m.in. na skutek fali migracyjnej po wstąpieniu Polski do UE), Ona może równie dobrze postąpić podobnie. W związku z tym, kontynuując swoją karierę w kasynie przepracowała tam 4 lata. Warto tu nadmienić, że w tamtych latach Dublin był mekką dla krupierów – nigdzie nie można było zarobić więcej. Diler (najniższe stanowisko w kasynie) razem z tipami zarabiał 4 tysiące euro.

Sytuacja skomplikowała się po kontuzji kolana, która zmusiła Olę do czasowego powrotu do Polski. Zaraz po zabiegu rozpoczęła rekonwalescencję, mając z tyłu głowy, iż trzeba już wracać do Irlandii. Ku jej zdziwieniu, jej pracodawca na dzień dobry wręczył jej formularz P45, który w skrócie można by podsumować jako „zwalniam Cię!”. No tak, ale przecież była w tym czasie w szpitalu, więc pracodawca nie mógł jej ot tak zwolnić, prawda? W rzeczywistości prawo pracy w Irlandii nie chroni ani kobiet w ciąży, ani chorych. Nie zmienia to faktu, że zwalniając pracownika, należy mu się adekwatna odprawa oraz (w przypadku rzetelnej pracy) list referencyjny. Nawet z tym drugim pojawiły się problemy, które nasza bohaterka postanowiła rozwiązać, domagając się uczciwego potwierdzenia swoich umiejętności zdobytych przez ostatnie 4 lata pracy. Gdy tylko dostała zaktualizowany list referencyjny, udała się do siedziby sądu i złożyła pozew przeciw swojemu byłemu pracodawcy.

Nie chodziło tutaj o sam fakt zwolnienia, do którego pracodawca miał prawo. Nie chodziło nawet o pieniądze z tytułu odprawy, której Ola nie otrzymała. Chodziło przede wszystkim o zasady, o pokazanie, że (legalnie) emigrując w celach zarobkowych, nie pozbawiamy się swoich praw – niezależnie od naszej płci, postury itd., że zawsze powinniśmy walczyć o to, co nasze. Tak też zrobiła Ola, zatrudniając do tego prawnika i rozpoczynając 2-letni proces sądowy.

 

Jej były pracodawca tak przyzwyczajony do wyzysku i wykorzystywania emigrantów z naszej części Europy na pierwszą rozprawę nawet nie zaprosił adwokata, wychodząc z założenia, że wszystko ujdzie mu na sucho. Koniec końców sam sobie podłożył nogę m.in. podejmując decyzję o zwolnieniu w momencie, gdy Oli nie było w kraju i nie powiadomiwszy jej stosownie (czego wymaga irlandzkie prawo). Skutkiem była wygrana naszej bohaterki zwieńczona sowitym odszkodowaniem z tytułu ugody. Warto tu nadmienić stopień poszanowania prawa przez Irlandzkie państwo, dla którego ta sprawa w tym czasie miała niebagatelne znaczenie, rzutując na wizerunek kraju.

 

Jeszcze w trakcie prowadzenia powyższej bitwy trzeba było sobie odpowiedzieć na pytanie: Co dalej? Z odsieczą przyszedł kolega doradzając wyjazd do Afryki. Podobnie jak to było w przypadku przygody z promem, Ola złożyła aplikację i rzuciła się w wir wydarzeń. Po miesiącu oczekiwań wyszła z założenia, że nic z tego nie będzie i m.in. zapisała się na kurs prawa jazdy. Wtedy dopiero dostała sygnał, że praca jest jej i w zasadzie to musi przyjeżdżać już. Strefa komfortu aż krzyczała: zostań, nie wiesz, co Cię tam czeka, rozpoczęłaś zresztą już kurs, tu masz wszystkie swoje rzeczy itp. Itd.

Pewnie domyślasz się, że to jej nie zatrzymało, zamiast tego sprzedała to, co się dało, zawiesiła szkołę jazdy i wsiadła w samolot.

 

Tak, jak to romawialiśmy z Mateuszem w ramach cyklu poświęconego wchodzeniu na rynek pracy, referencję są absolutnie kluczowe, jeśli chcemy skutecznie budować swoją karierę. Potwierdzają one nasze słowa z CV dając namacalny dowód naszych możliwości. Warto tutaj nadmienić, iż chcąc podjąć pracę za granicą, nasze polskie doświadczenia mogą nie wystarczyć (tak, jak to mówił Bartek w odcinku poświęconym Manchesterowi). Tym lepiej, że Oli udało się uzyskać potwierdzenie w Dublinie, które otworzyło przed nią sporą część świata, znajdującą się niegdyś pod wpływami kolonialnej Anglii. Jednym z takich krajów była Tanzania.

 

Tanzania

Na wstępie dodam, że przygotowując się do rozmowy z Olą postanowiłem się najpierw dokształcić i poczytać o tym kraju. W tym m.in. odwiedziłem 5 pierwszych stron z wyszukiwarki Googla (nie wliczając w to stron biur podróży) i muszę powiedzieć, że obraz, który narysowała mi osoba żyjąca i pracująca tam przez 3 lata, różnił się od tych poprzednich opisów diametralnie.

 

Podejmując decyzję o wyjeździe do takiego kraju, jak Tanzania, nie wystarczy zakupić przewodnik, pogooglować popularne frazy związane z miejscem docelowym, czy sprawdzić ceny i koszty życia w aplikacji Numbeo. Nie oznacza to, że w tym artykule znajdziesz odpowiedź na wszystkie możliwe pytania. Zamiast tego przedstawię Ci doświadczenia zebrane przez Olę, wyselekcjonowane w taki sposób, aby ułatwić życie i pracę w tym kraju osobom chętnym do takiego wyjazdu.

 

Rysunek 1. Lokalizacja Tanzanii

Ropp 15 rys1 - tanzania

 

Tanzania jest krajem postkolonialnym, z epizodem niemieckim (XIX wiek) oraz angielskim (XX wiek). Nie zmienia to jednak sprawy, że przeciętny obywatel nie włada językiem angielskim, jak to ma np. miejsce w niedalekiej Kenii. Zawdzięczamy to głównie „ojcowi narodu” prezydentowi Juliusowi Nyerere, który doprowadził do zbliżenia z „Moskalami” i wycofania języka angielskiego ze szkół. Gdy my wychodziliśmy z PRLu, Tanzania robiła coś odwrotnego. Skutek: puste (z pozoru) sklepy, powszechna korupcja i rozkład organów państwa. W związku z tym podróżując po kraju miejmy w zanadrzu kilka nisko nominałowych dolarów w kieszeni zawsze pod ręką. Lokalni bowiem traktują białych jak bankomaty i na każdym kroku będziemy mieli sytuacje, w których gotówka oszczędzi nam wielu nieprzyjemnych sytuacji.

 

Jeśli chodzi o załatwianie spraw, to musimy również przygotować się na spory szok kulturowy. W Europie chcąc np. naprawić kabel, pójdziemy do sklepu, wymienimy go na nowy lub poczekamy na naprawę. W Tanzanii jednak ten sam proces będzie trwał bez mała cały dzień i wymagał od nas wypicia herbaty w właścicielem, długiej rozmowy i nieskończonych pokładów cierpliwości. Musimy jednak pamiętać, iż mimo bardzo powszechnego tam rasizmu (zarówno białych do czarnych i odwrotnie) ten sposób załatwiania spraw (powolny, mozolny i nieefektywny) nie wynika ze złej woli lub intencji. Jest on po prostu kwestią kulturową, którą przyjdzie nam zaakceptować lub odrzucić. Jeżeli wybierzemy to drugie, to skażemy się na izolację w hermetycznym „białym” środowisku, z dala od miejscowej kultury i całego jej bogactwa. W Tanzanii tak właśnie postępuje wielu ekspatriantów m.in. z Australii czy Nowej Zelandii. Wybierają oni to co znane i łatwe (swoje własne towarzystwo) odrzucając wszystko to co nowe i inne (lokalna kultura itd.). Skutkiem tego jest rosnąca niechęć obu stron do siebie oraz coraz wyższy mur pomiędzy nimi, utrudniający integrację a nawet codzienne kontakty.

 

Jeżeli zechcemy się asymilować i chłonąć z lokalnej kultury, koniec końców przejdziemy do wydawania pieniędzy. To, co jest pewne jak w banku to to, że na początek dostaniemy ceny dla Muzungu. Tym określeniem nazywa się białych w Afryce i tak, zgadłeś: ceny te są niebotycznie wyższe niż te, które dostają lokalni. Jak sobie zatem radzić z tym problemem? Najlepiej zaprzyjaźnić się z kimś lokalnym i jego/ją prosić o dokonywanie zakupów dla nas. To najprostszy i najbardziej efektywny sposób radzenia sobie z cenami Muzungu. Co ciekawe nawet sama nasza obecność spowoduje podwyższenie ceny, nawet, gdy transakcje przeprowadza nasz lokalny znajomy/znajoma. W związku z tym najlepiej poprosić o zrobienie zakupów solo, a przynajmniej bez obecności białych. Jeżeli to nie wchodzi w grę, pozostaje nam nauczyć się podstawowych zwrotów jak dzień dobry, do widzenia oraz pierwszych cyfr, po czym przystąpić do targowania się – jeśli nie chcesz pomylić jednej z cyfr z kobiecymi narządami płciowymi (podobna wymowa) -> polecam odsłuchać podcast do końca 😉

 

Zdecydowanie najdrożej jest w nieoficjalnej stolicy kraju Dar es Salaam zlokalizowanej na wybrzeżu. Jeżeli jesteśmy typem mieszczucha, będzie to miejsce dla nas. Uświadczymy tu typowo wielkomiejski zgiełk, tłum i korki. Musimy pamiętać, że jest to bardziej Islamska część Tanzanii, w której wyjście na targ w sukience mini może skończyć się dla nas naprawdę nieprzyjemnie. W przypadku Oli były to „tylko” miażdżące spojrzenia i nienawistne teksty rzucane w jej kierunku.

Mniej szczęścia miały Katie Gee oraz Kristie Trup – dwie Brytyjki oblane kwasem w Zanzibarze w 2013 roku (w czasie, kiedy Ola była w Tanzanii). Koniec końców stopione zostało 30% ich ciał w wyniku ataku a do dziś dzień sprawców nie złapano.

 

Czy to oznacza, że mamy zapomnieć o dalekich podróżach i zagrzebać się na kanapie? Naturalnie, że nie. To co musimy zrobić przed każdym wyjazdem w nieznanie, to porządnie odrobić lekcję domową i nauczyć się kultury i obyczajów kraju do którego się udajemy. Bez tego, nawet nieświadomie, urazić drugą stronę i doprowadzić do niepotrzebnego konfliktu.

Świadome podróżowanie wymaga od nas zaczerpnięcia wiedzy o lokalnej kulturze i obyczajach. Pozwoli nam to w porę „zdjąć ubłocone buty” przed wejściem w czyjeś życietwitter

 

Rysunek 2. Mapa Tanzanii

ropp 15 rys2 - tanzanii

 

Przenosząc się poza stolice doświadczymy prawdziwego piękna tego kraju: palmy, gekony no i przepyszne ananasy tanzańskie (jeden dolar za sztukę  = 2183,70 szylingów tanzańskich). Oczywiście standard życia będzie odpowiednio niższy. Niemniej jednak jak to ocenia Ola, nie można tego kraju uznać za biedny. Bardzo trudno bowiem znaleźć tam osobę bez dachu nad głową, której nie stać by było przynajmniej na jeden posiłek w ciągu dnia. To, o czym musimy pamiętać to fakt, iż ludzie tam żyjący, jeszcze parę pokoleń temu jedli z liści bambusowych, a ich mentalność zdaje się pozostawać dziś dzień na tym samym poziomie. Znajduje to odzwierciedlenie m.in. w gospodarce odpadami, a raczej jej braku. Śmieci znajdują się dosłownie wszędzie, a zużyte opakowania wyrzucane są za plecy. Dlatego nie traćmy czasu na poszukiwanie kosza na śmieci, bo i tak go nie znajdziemy.

 

Jeśli chodzi o relacje międzyludzkie, musimy się przygotować z jednej strony na rasistowskie nastawienie lokalnej społeczności oraz roszczeniowość przejawiającą się w nastawieniu „mi się należy” jednocześnie obserwując bardzo silne więzi rodzinne czy też elastyczność kręgosłupa moralnego w kwestii kradzieży (plaga Tanzanii)

 

Na koniec warto nadmienić, iż zarówno Tanzania, jak i cała Afryka nie należą do tanich miejsc. Koszty życia są tutaj bowiem bardzo wysokie w porównaniu do wysokości zarobków. Dlatego musimy unikać cen Muzungu, jednocześnie pozostając na lokalnym poziomie – dla porównania jedzenie w lokalnej restauracji będzie nas kosztować ok. 2 dolarów, gdzie cena dla Muzungu może wynosić nawet 20 dolarów!

 

Praca w Tanzanii

Jeżeli jako ekspatriant zdecydowaliśmy się na pracę w Tanzani, nasze doświadczenia mogą wyglądać następująco:

 

1. Aranżacja

1.1. Aplikujemy w pełni zdalnie (standardowe wysłanie CV, rozmowa kwalifikacyjna przez telefon itp. Itd.)

1.2. W razie decyzji pozytywnej ustalamy kształt i parametry kontraktu

1.3. Otrzymujemy szablon kontraktu do podpisania na miejscu (tutaj ważne jest, z kim ten kontrakt ma być podpisany – w przypadku kasyn, wiarygodność i zgodność draftu z wersją końcową jest bezapelacyjna)

1.4. Zakupujemy bilet lotniczy na własny koszt (stanowi to polisę zabezpieczeniową dla pracodawcy)

2. Akomodacja

2.1. Po przybyciu na miejsce docelowe podpisujemy uprzednio wynegocjowany kontrakt

2.2. Wprowadzamy się do przygotowanego mieszkania/domu w pełni opłaconego przez pracodawcę (również ze wszelkimi mediami)

3. Praca

3.1. W Tanzanii czeka nas 6-dniowy tydzień pracy z jednym dniem wolnym

3.2. Czas pracy zaczyna się od 7 godzin dziennie prowadząc do 12, a nawet 16 godzin dziennie (w Dar es Salaam)

3.3. Kontrakt zazwyczaj podpisywany jest na dwa lata – jest to okres zwrotu z inwestycji pracodawcy w pracownika (pokrywa koszty transportu, rozwoju, szkoleń itd.)

3.4. W przypadku kontynuacji kontraktu możemy liczyć na sponsorowany bilet lotniczy do kraju ojczystego lub na budżet transportowy możliwy do wykorzystania na dowolne przeloty, tak jak to miało miejsce w przypadku Maćka pracującego w Niemczech

3.5. W kwestii wynagrodzenia, w przypadku Oli zaczęło się od 1500 dolarów, a po trzech latach skończyło na podwojeniu tej kwoty (w zestawieniu ze 100$ średniej pensji dla lokalnych kelnerów, sprzątaczek itp.)

3.6. Jeśli chodzi o benefity pracownicze to poza opłaceniem mieszkania możemy liczyć na transport do i z pracy oraz do miejsca zamieszkania, jak również stałą obsługę przez służącą. Kwestią do ustalenia jest wyżywienie (zazwyczaj nie wchodzi ono w zakres pracodawcy)

3.7. Podejmując decyzję o zmianie pracy najlepiej wykorzystać lokalną wiedzę (co, gdzie i kiedy się zwalnia) oraz oczywiście posiłkować się lokalnymi referencjami.

 

 

Więcej informacji dotyczących poszukiwania pracy znajdziesz w darmowym poradniku:

Odpływamy! Czyli o tym, jak mądrze sterować karierą i wypłynąć na głębokie wody

A w nim odpowiedzi na takie pytania:
- Jak szukać pracy?
- Jak budować karierę?
- Jak prosić o podwyżkę?
...................................................................

POBIERZ PORADNIK

 

I to by było na tyle 🙂 naturalnie zachęcam Cię do odsłuchania podcastu z Olą, w którym znajdziesz dodatkowe informacje o Tanzanii, jak również wiele ciekawych anegdot i historii związanych z podróżą po Afryce.

 

Zdajemy sobie sprawę, że wiele przedstawionych tutaj informacji ma dosyć negatywną konotację. Intencją jednak nie było zniechęcenie Cię od odwiedzić w Tanzanii, lecz do świadomego podejmowania decyzji tam na miejscu, co koniec końców powinno Cię uchronić przed wieloma nieprzyjemnościami.

 

Za tydzień mienimy trochę tematykę aby unikać monotonii 🙂

 

Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie i życzę sukcesów, w którymkolwiek kraju teraz jesteś 🙂

Wybrane źródła:

 

Aleksandra Adamczyk:)

Unia morska

Lokalizacja Tanzanii

Flaga Tanzanii

Brytyjki w Zanzibarze

 

ropp15 max - Tanzanii

Archiwum

Newsletter

Archiwum

Newsletter

Archiwum

Newsletter

13045672_10154160066368330_120102593_n
13045571_10154160068428330_933944150_n
13077400_10154160061163330_1152094535_n
13084305_10154160063378330_957857339_n
13059766_10154160049523330_1307794664_n

Życie i praca w Niemczech - część 2

Wolisz słuchać zamiast czytać? Zapraszam, zatem do odsłuchania tego materiału w formie podcastu:

Możesz również pobrać ten odcinek klikając tutaj

W ramach dalszej podróży za zachodnią granicę, kontynuujemy dzisiaj rozmowę z Maćkiem Gajdulewiczem, mieszkającym i pracującym we Frankfurcie.

Dla przypomnienia, w poprzednim odcinku rozmawialiśmy między innymi o historii Maćka i o motywach jego wyjazdu do Niemiec. Dowiedzieliśmy się od niego, na co powinniśmy położyć nacisk przy negocjowaniu warunków naszej relokacji. Dalej, przeanalizowaliśmy różne możliwe formy zatrudnienia – w tym „permanentną delegację”, w ramach której optymalizujemy podatkowo nasz przychód wykorzystując diety zagraniczne. Same diety poddaliśmy dokładniejszym oględzinom, weryfikując ich wysokość w różnych wariantach (np. zakładając odliczenia posiłków fundowanych przez naszą firmę).

 

Poruszanie się po Frankfurcie

O wszechobecnym występowaniu egzotycznych języków zarówno w komunikacji publicznej, jak i na ulicach Frankfurtu mówiliśmy w poprzedniej części wywiadu z Maćkiem. Fakt ten rodzi pytanie dotyczące sposobu poruszania się ludzi niewładających językiem niemieckim po ulicach tego miasta. Nie uświadczymy bowiem powszechnie oznaczeń w języku angielskim tak, jak to ma miejsce w niektórych europejskich miastach, nie mniej jednak znajomość tego języka przez mieszkańców Frankfurtu jest na tyle wysoka, iż nie powinniśmy mieć problemu z komunikacją. W najgorszym razie pozostają nam do użycia aplikacje nawigacyjne.

 

Praca w Niemczech często pochłania nas do tego stopnia, że możemy nie zdążyć zrobić zakupów w tygodniu. Emigrując do tego kraju – notabene mniej religijnego od Polski – możemy się mocno zdziwić, gdy w niedziele „pocałujemy klamkę”.  Czy jest to fenomen charakterystyczny tylko dla Frankfurtu? Odpowiedź brzmi nie. Przez prawie 50 lat sklepy w niemieckojęzycznych krajach miały najbardziej restrykcyjne godziny otwarcia w całej Europie. Wynikało to z Ladenschlussgesetz - prawa uchwalonego w 1956 roku, w ramach którego sklepy miały być otwarte pomiędzy 7 rano a 18.30 (w tygodniu) oraz 14.00 (w soboty). Niedziele były dniami całkowicie wykluczone z handlu. Wspomniane prawo obowiązywało aż do 1996 roku, kiedy to rozpoczął się proces uelastyczniania godzin handlowych. Ukoronowaniem tego procesu było Föderalismusreform – reforma z 2006 roku, w ramach której odebrano rządowi prawo wyznaczania godzin otwarcia sklepów na rzecz 16 Bundesländer (landów) które dostały pełną autonomię w tej kwestii. Niemniej jednak nadal, gdy będziemy chcieli zrobić cotygodniowe zakupy, nie planujmy tego na Sonntag (niedzielę) z racji na powszechny zakaz handlu. Wykluczone z niego są tylko stacje kolejowe, lotniska, stacje benzynowe i mini-markety.

 

Kolejna kwestia, która zwróci naszą uwagę podczas życia i pracy w Niemczech będzie wszechobecne przyzwolenia na spożywanie alkoholu i palenia papierosów w miejscach publicznych, jak również reklamowania tych produktów. Niczym dziwnym nie jest widok ludzi wracających z pracy i popijających małe piwo w autobusie. Co ciekawe nie prowadzi to do widocznych nadużyć, czy też codziennych libacji. Dyscyplina i kultura obowiązuje 🙂

 

Skutki kryzysu migracyjnego we Frankfurcie

Kolejne pytanie, które zadałem Maćkowi dotyczyło realnych skutków kryzysu migracyjnego w miejscu jego zamieszkania. Wszyscy wiemy o tym, iż Niemcy i kraje skandynawskie, z racji na swoją hojną politykę socjalną stanowią miejsce docelowe dla dużej części fali uchodźców docierających do Europy.

 

Rysunek 1. Trasa migracyjna prowadząca do Niemiec

ropp14 rys1 - praca w niemczech częśc 2

 

W rzeczywistości jednak występują duże rozbieżności w kwestii relokacji uchodźców wewnątrz Republiki Federalnej Niemiec. Głównym czynnikiem decydującym stają się tutaj koszty życia w poszczególnych rejonach kraju. Naturalnie w pierwszej kolejności migranci będą wybierać te landy i miasta o najniższych kosztach życia (Monachium, Bawaria), a dopiero w dalszej kolejności udadzą się do miast drogich, takich jak Frankfurt, stanowiący de facto stolicę finansową strefy euro.

 

Tabela 1. Zestawienie cen wybranych produktów we Frankfurcie

ropp14 tab1 praca w niemczech

 

Tak, jak to zostało pokazane w tabeli powyżej, można w Niemczech kupić tanie produkty spożywcze. Przykładem jest tutaj woda. Pamiętać należy tylko o oddawaniu pustej butelki przy zakupie nowej – bez tego cena wywinduje mocno w górę.

 

Wpływ wyjazdu do Niemiec na rozwój osobisty naszego bohatera

„Świat nie jest taki duży jak nam się wydaje”. Taką pierwszą puentę wyciągnął Maciek po paru miesiącach podróżowania i pracowania za granicą. Często bowiem zamykamy się w swoich mikro światach, skupieni na pokonywaniu drogi „z” – „do” budujemy w sobie strach przed nieznanym, przed trudem i wyzwaniami związanymi z pokonywaniem naszej strefy komfortu. Najtrudniej jest zrobić ten pierwszy krok, czyli podjąć decyzję o działaniu tłumiąc głosy sprzeciwu i zwątpienia pojawiające się w odpowiedzi na naszą inicjatywę. W przypadku Maćka jeden z lęków dotyczył pracy z Hinduskimi współpracownikami. Stereotyp (w tym przypadku pozytywny), opisujący Hindusów, jako wykwalifikowanych i doświadczonych programistów powodował lęk oraz obawę, iż jego własne umiejętności mogą się okazać niewystarczające. W rzeczywistości jednak Maciek zorientował się, że nie tylko te negatywne stereotypy pisane są na wyrost, ale również te pozytywne i to Indyjscy współpracownicy mogą koniec końców czuć się onieśmieleni, a nie na odwrót.

 

Inny przykład dotyczył mieszkania poza swoim rodzinnym gniazdem – Warszawą. To, co początkowo wydawało się trudne i problematyczne (życie i poruszanie się w obcym mieście) z czasem stało się nową normą, otwierając drzwi na nowe przygody i nowe miasta takie jak Barcelona, Amsterdam czy też Mediolan. Dzięki coraz to częstszym i ciekawszym podróżom zmniejsza się nasze wyobrażenie odległości. Wszystko wydaje się nam bliższe niż początkowo myśleliśmy. Co ciekawe, to samo tyczy się ludzi, których napotykamy na swojej drodze.

Dzięki podróżom zmniejsza się nasze wyobrażenie odległości - zarówno w fizycznym wymiarze jak i w kontaktach z innymi ludźmi.twitter

 

 

Kolejną wartością dodaną przy wyjazdach zagranicznych jest wzmacnianie naszej asertywności oraz ogólna poprawa komunikacji. Jeżeli bowiem będziemy w podobnej sytuacji, co Maciek, staniemy przed wyzwaniem, jakim jest praca i komunikacja pozioma (w międzynarodowym zespole) jak również i pionowa (z przełożonymi na wyższych szczeblach). To wszystko, połączone z odpowiedzialnością za nasze czyny, stanowi idealny grunt pod rozwój naszej pewności siebie. Ta cecha będzie nam bowiem bardzo potrzebna, jeżeli chcemy „przeżyć” pracując w międzynarodowej korporacji. Widoczne jest to miedzy innymi przy organizacji i priorytetyzacji naszych bieżących zadań. Z jednej strony chcemy pomagać innym w ich projektach i zadaniach. Dzięki temu budujemy naszą rozpoznawalność i reputację w ramach organizacji, co stanowi najkrótszą drogę do awansu. Z drugiej strony, jeżeli pracujemy w większej firmie, wtedy koniec końców zorientujemy się, iż zaczynamy tonąć pod naporem nowych zapytań i próśb skierowanych w naszą stronę. Osoby, którym pomogliśmy parę razy orientują się, iż „mają w nas druha” i zaczynają nas zasypywać coraz to nowymi zapytaniami, destabilizując nasz prywatny harmonogram. W tym momencie, jeżeli nie wykażemy się odpowiednio wysoką pewnością siebie, nie będziemy w stanie świadomie postawić granic, co doprowadzi do zaniedbania kwestii dla nas priorytetowych i/lub wypalenia zawodowego. Wniosek – nie bójmy się odmawiać innym, lecz róbmy to w uprzejmy i taktowny sposób.

 

Więcej o mądrym stawianiu granic przeczytasz w książce pt.:

Rysunek 2. Książka pt.: "Sztyka mówienia nie. Jak chronić swoje życie przed manipulacją"

ropp14 rys2 praca w niemczech

 

 

Mniej pozytywne skutki emigracji zarobkowej

O wpływie emigracji (lub też „permanentnej delegacji” J) na relacje z bliskimi dużo już zostało powiedziane. Wiemy o negatywnych reperkusjach wynikających z długiej rozłąki oraz znamy sposoby ich minimalizowania (skype + kamera, media społecznościowe itd.). To, na co warto tutaj zwrócić uwagę to wysokie oczekiwania obu stron, które mogą prowadzić do niepotrzebnych konfliktów. I tak, wracając z „obczyzny”, często zmęczeni i przytłoczeni bieżącymi wyzwaniami, nie marzymy o niczym innym jak relaks i odpoczynek w rodzinnych stronach. Nasi bliscy zaś, chcieliby jak najwięcej się dowiedzieć, rozmawiać i „eksploatować” odwiedzające je osoby. To rodzi oczywisty konflikt interesów, z którego musimy sobie zdawać sprawę i poprzez empatyczną komunikację niwelować go u źródła.

 

Niech każda ze stron wytłumaczy i opisze swoje potrzeby i oczekiwania, a następnie siądźmy do stołu i ustalmy kształt kompromisu, który pozwoli zmaksymalizować korzyści dla obu stron. Możemy np. się umówić, iż przyjeżdżając na dwa dni w tygodniu, sobota będzie tym dniem luźnym nieobciążającym psychicznie i fizycznie (kanapowy relaks), a niedziela będzie się wiązała z czynnościami bardziej aktywnymi (wyjście na miasto, długie rozmowy itd.).

 

Kolejnym negatywnym skutkiem wyjazdu za granicę jest fiksacja na punkcie przeliczania walut. Działa to w obie strony – będąc za granicą ciągle czujemy się jakby wszystkie produkty były zawyżone (w przypadku wyjazdu np. do Niemiec), a wracając do Polski wręcz przeciwnie, wszystko jest takie tanie! I to właśnie to drugie (błędne) założenie może być dla nas jeszcze bardziej zgubne, prowadząc do niepotrzebnej rozrzutności. Rozwiązaniem tej sytuacji jest zaakceptowanie faktu, iż część produktów będzie zawyżona, a część zaniżona w miejscu, do którego wyjeżdżamy czy też emigrujemy. Wynika to z wielu czynników (np. potrzeba importu danych dóbr), z którymi nie ma sensu walczyć.

 

 

I to by było na tyle jeżeli chodzi o Życię i pracę w Niemczech.

Dla przypomnienia, całość rozmowy z Maćkiem znajdziesz za to w podcaście.

 

Tymczasem dziękuję Ci za to, że tu jesteś. Zainteresował Cię ten temat? Jeśli tak to zapoznaj się z innymi artykułami realizowanymi w ramach cyklu:


Życie i praca w Szwajcarii

Życie i praca w Anglii


 

Za tydzień zmienimy kontynent i razem z moim rozmówcą "odwiedzimy" Tanzanie. Po tym odcinku zmienimy trochę tematykę aby unikać monotonii 🙂

 

Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie i życzę sukcesów, w którymkolwiek kraju teraz jesteś 🙂

Wybrane źródła:

 

Maciej Gajdulewicz 🙂

Godziny handlowe w Niemczech

Zestawienie cen we Frankfurcie

Trasy migracyjne 

 

ropp13 max - Praca w Niemczech

Archiwum

Newsletter

Archiwum

Newsletter

Newsletter

Życie i praca w Niemczech - część 1

Wolisz słuchać zamiast czytać? Zapraszam, zatem do odsłuchania tego materiału w formie podcastu:

Możesz również pobrać ten odcinek klikając tutaj

 

Zamiłowanie do mięsa, piwa i precyzji, brak poczucia humoru, centrum problemów migracyjnych Europy. A Tobie, z czym kojarzą się Niemcy?

 

W ramach kontynuacji cyklu „Praca i życie w..” udamy się w podróż za Odrę, w ramach której Maciej Gajdulewicz opowie nam o blaskach i cieniach pracy w międzynarodowej korporacji. Zastanowimy się, na co należy zwrócić uwagę przenosząc się w ramach jednej organizacji do innego kraju. Podpowiemy jak negocjować nową umowę i jak odnaleźć się w międzynarodowym zespole, żyjąc i pracując za granicą.

 

Słowem wprowadzenia…

To jest historia Maćka Gajdulewicza i jego – jak on to określa – permanentnej delegacji do Niemiec.

Jak każda historia, tak i ta miała swój początek. W tym przypadku były to studia podjęte w Szkole Głównej Handlowej na kierunku metody ilościowe w ekonomii i systemy informacyjne. Otworzył on przed Maćkiem świat korporacji i pracę w sektorze finansowym. Zaczęło się lokalnie, na warszawskim podwórku, w siedzibie firmy z wielkiej czwórki w dziale zarządzania ryzykiem finansowym.

 

Mimo międzynarodowego charakteru organizacji, czuć było jej lokalny polski wymiar. Miało to oczywiście swoje plusy i minusy. Do tych pierwszych można zaliczyć znajomość zasad gry, panujących zwyczajów i obyczajów jak również kontakt ze wszystkim, co znane (bliscy, rodzina, ulubione miejsca w mieście). Wydawało się, że to dużo, że minusy takie jak ograniczone perspektywy, nudniejsze projekty i zakresy obowiązków czy też mniejsza styczność z j. angielskim powinny zostać spokojnie spacyfikowane przez przeważające plusy. W rzeczywistości jednak, Maciek poczuł w którymś momencie, że podświadomie buduje zasieki wokół swojej strefy komfortu – wybierając to, co znane i przewidywalne ponad to, co nowe i bardziej wyzywające. W związku z tym, gdy tylko nadarzyła się okazja relokacji do innego kraju, postanowił z niej skorzystać. Wybrał Frankfurt.

 

Życie i praca w Niemczech

Po 1,5 roku pracy w polskim oddziale firmy nadszedł czas na wyjazd do Niemiec. Miało to miejsce we wrześniu 2015 roku. Przylatując na miejsce, do międzynarodowego lotniska we Frankfurcie lepiej założyć wygodne buty. 1000 metrów do przejścia po odbiór bagażu? To normalne w porcie zwanym również Ren-Men (Rhein-Main-Flughafen lub Flughafen Frankfurt am Main) zajmującym powierzchnię 2000 hektarów i o możliwościach obsługi 65 milionów pasażerów rocznie.

 

Rysunek 1. Plan terminalu Lufthansy na międzynarodowym lotnisku we Frankfurcie

ropp13 rys1 - praca w Niemczech

Po odebraniu bagażu czas na podróż ichniejszą koleją S-bahnem. To, co może nas Polaków zdziwić, to ogromna różnorodność i multikulturowość mieszkańców Frankfurtu, która rzuca się w oczy od pierwszej chwili. Słychać tutaj paletę egzotycznych języków z rejonów takich jak Indie, Afryka, ale również z Europy Środkowo-Wschodniej. Niemniej jednak, samych Polaków we Frankfurcie nie przebywa wielu. Nie tak, jak to ma miejsce w Manchesterze o czym mówiliśmy ostatnio.

 

Wspomniana różnorodność nie jest obserwowalna wyłącznie na ulicy. To samo ma miejsce w świecie biznesu, jakby na to nie patrzeć to właśnie Frankfurt jest stolicą finansową Europy. Maciek w swoim zespole posiada kolegów i koleżanki z takich krajów jak Indie, Rosja czy Białoruś. Można by się zastanawiać jak u tak różnorodnej grupy ludzi znaleźć wspólny mianownik? Często to, co nas różni może nas jednocześnie łączyć. Pracując w międzynarodowym zespole doświadczenia dnia codziennego – święta, zwyczaje i obyczaje – stanowią niekończący się zasób tematów do rozmowy. Rozmowy budującej podwaliny pod relację.

 

To, co nas różni może nas łączyć. Wymiana doświadczeń dnia codziennego, naszych zwyczajów i obyczajów,może stanowić podwaliny naszych relacjitwitter

Na co położyć nacisk przy negocjowaniu warunków naszej relokacji?

Ok, Podjęliśmy decyzję o rozpoczęciu pracy poza granicami naszego kraju w ramach tej samej organizacji. To, na co w pierwszej kolejności powinniśmy zwrócić uwagę przygotowując się do negocjacji naszego nowego wynagrodzenia jest oszacowanie naszych przyszłych wydatków i kosztów życia. Najważniejsze w tej kategorii będzie akomodacja i transport.

 

Niezależnie od naszej „podstawy”, podejmując decyzje o wyjeździe, częstą praktyką jest pokrywanie części wydatków bieżących pracownika przez pracodawcę. Najczęściej mowa tutaj o zakwaterowaniu oraz transporcie lotniczym, umożliwiającym nam wizyty w kraju ojczystym. Możemy z góry dostać mieszkanie służbowe lub też opłacony hotel, ale może się tak zdążyć, iż sami będziemy musieli zabezpieczyć sobie miejsce pobytu, a z pracodawcą negocjujemy budżet, w którym powinniśmy się zmieścić. W takim przypadku kluczowe jest to, abyśmy uniknęli niedoszacowania tego budżetu. Wtedy bowiem skażemy się albo na gorszą lokalizację mieszkania, albo rzadsze wizyty w kraju.

 

W przypadku Maćka początkowo ucierpiał budżet transportowy, który w rzeczywistości – przy bardzo wysokich kosztach biletów na linii Frankfurt-Warszawa, nie pozwalał mu przez dłuższy czas na więcej niż jedną wizytę w kraju miesięcznie. Aby uniknąć takich sytuacji, powinniśmy przed przystąpieniem do negocjacji dokładnie oszacować koszty życia w nowej lokalizacji, unikając również ich przeszacowania, które mogą być odebrane przez pracodawcę, jako próba wyłudzenia pieniędzy. Przykładowo zakup biletu miesięcznego w komunikacji miejskiej w przypadku Frankfurtu będzie nas kosztował 86 euro. Dla porównania taki sam bilet w Mediolanie to koszt rzędu 30 euro. Dlatego tak ważne jest, aby precyzyjnie oszacować najważniejsze koszty z wyprzedzeniem.

 

W pierwszej kolejności zróbmy rozeznanie u swoich współpracowników i znajomych, którzy mogą mieć podobne doświadczenia (np. praca w Niemczech). Niezależnie czy uzyskamy na tym etapie potrzebne informacje, zweryfikujmy te założenia np. z wykorzystaniem portalu numbeo. Tak uzbrojeni udajmy się na negocjacje.

 

 

Uwaga!

Może się tak zdążyć, iż nie będziemy dopuszczeni bezpośrednio do negocjacji naszych nowych warunków zatrudnienia. Zamiast tego nasz obecny przełożony może tego dokonać w naszym imieniu z nowymi przełożonymi. W takim przypadku zweryfikujmy wcześniej jego założenia i obliczenia, upewniając się, że nasz interes zostanie w pełni zabezpieczony

 

Kolejną kwestią wartą naszej uwagi jest określenie obowiązków podatkowych, które będą na nas spoczywały w związku z relokacją do innego kraju. Jedną z podstawowych spraw, które powinniśmy zweryfikować to to, czy kraj, do którego się udajemy posiada obowiązującą umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania z Rzeczpospolitą Polską. To dzięki niej unikniemy np. podwójnego opłacania podatku dochodowego. Tekst umowy między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec w sprawie unikania podwójnego opodatkowania w zakresie podatków od dochodu i od majątku dostępny jest tutaj.

 

Niezależnie od tego czy taka umowa jest zawarta, może spoczywać na nas dodatkowy obowiązek podatkowy specyficzny dla danego kraju czy też formy wykonywanej działalności. Zweryfikujmy uprzednio fakt wystąpienia takiego obowiązku (nawet, jeśli jest on czysto biurokratyczny, a nie finansowy) i naciskajmy w negocjacjach, aby nasz pracodawca pomagał nam takowy obowiązek wykonywać (kwestia szczególnie ważna, gdy nie władamy językiem urzędowym państwa, do którego się udajemy).  Jeśli chodzi o zasady rozliczania z polskim fiskusem, musimy sobie również odpowiedzieć na pytanie czy ciąży na nas nieograniczony czy też ograniczony obowiązek podatkowy. Jest to powiązane nie tylko z zameldowaniem w danym miejscu, ale też z posiadaniem w nim centrum interesów życiowych (życie i praca). Aby podlegać nieograniczonemu obowiązkowi podatkowemu względem polskiego fiskusa musimy na terenie RP przebywać dłużej niż 180 dni w roku. Więcej o tych i innych zależnościach podatkowych znajdziesz we wpisie dotyczącym rozliczania PIT za 2015 rok

 

Formy zatrudnienia za granicą

Podejmując pracę za granicą w ramach naszej firmy jest duża szansa, że zaproponowany zostanie nam kontrakt zagraniczny. W przypadku naszego bohatera miał miejsce inny scenariusz w ramach którego praca w Niemczech została sformalizowana w formie permanentnej delegacji. W ramach niej, pozostał on zatrudniony na dotychczasowych warunkach, z zachowaniem polskich złotych, jako obowiązującej waluty, a na pokrycie swoich bieżących kosztów pozostaje mu ustawowo określona dieta. Niezależnie od tego, co wspomnieliśmy w poprzednim punkcie, pracodawca pokrywa mu koszty zakwaterowania oraz transportu lotniczego. Czy jest to rozwiązanie gorsze? Niekoniecznie. To zależy od naszego stylu życia i miejsca docelowego. Diabeł tkwi w szczegółach. A w tym przypadku w dietach.

 

Dieta – z czym się to je?

Udając się w podróż krajową czy też zagraniczną przysługuje nam dodatek do pensji, w zamyśle służący na pokrycie zwiększonych kosztów wyżywienia (dieta krajowa), jak również drobnych wydatków (dieta zagraniczna). Podstawą prawną obu jest Rozporządzenie MPiPS z dnia 29 stycznia 2013 roku w sprawie należności przysługujących pracownikowi zatrudnionemu w państwowej lub samorządowej jednostce sfery budżetowej z tytułu podróży służbowej (Dz.U. 2013 poz. 167).

 

Zasady naliczania diet różnią się jednak dla delegacji krajowej i zagranicznej, tak jak przedstawiono to w poniższym zestawieniu

 

Tabela 1. Diety krajowe

ropp13 tab1 - praca w Niemczech

 

Tabela 2. Diety zagraniczne

ropp13 tab2 - praca w Niemczech

 

 

W przypadku diet zagranicznych, ich wysokość jest różna dla poszczególnych krajów. Dla przykładu w Niemczech wynosi ona 49 EUR, w Wielkiej Brytanii 35 GBP a w Szwajcarii 88 CHF.

Pełna tabela wysokości diet dostępna jest tutaj

Kolejną kwestią, o której musimy pamiętać przy pobieraniu diet to odliczenia za posiłki sponsorowane przez pracodawcę. Tak jak mówiłem na początku, w zamierzaniu diety mają służyć głównie na pokrycie wyżywienia. Stąd też logika ustawodawcy nakazuje stosować odliczenia w przypadku, gdy ten koszt jest z nas zdejmowany. I tak możemy znowu rozgraniczyć wysokość odliczenia w zależności od typu diety:

 

Tabela 3. Odliczenia posiłków od diety

ropp13 tab3 - praca w Niemczech

Wisienką na torcie pobierania diet z tytułu delegacji jest brak opodatkowania tego przychodu w ramach podatku dochodowego. W związku z tym, jeżeli zbliżamy się do wyższego progu dochodowego (więcej o tym przeczytasz tutaj ) i stoimy przed dylematem, o którym mówiliśmy wcześniej (wybór podstawy polskiej + diet vs kontrakt zagraniczny) zdecydowanie lepszym wyjściem byłoby wybranie opcji z dietami, co pozwoli nam zoptymalizować wysokość płaconego podatku dochodowego.

 


I tutaj postawmy przecinek 🙂

Dalsza część rozmowy z Maćkiem i płynących z niej informacji i doświadczeń zostanie przekazana w następnym odcinku pt. Praca i życie w Niemczech – część 2

 

Tymczasem dziękuję Ci za to, że tu jesteś. Zainteresował Cię ten temat? Jeśli tak to zapoznaj się z poprzednim odcinkiem z cyklu „Życie i praca w…”, w którym braliśmy na warsztat emigrację do Anglii.

 

A może samemu masz doświadczenia z emigracji, którymi chciałbyś się podzielić? Jeśli tak to zostaw proszę komentarz pod tym wpisem, albo napisz do mnie – może razem nagramy następny wywiad? 🙂

Dla przypomnienia, całość rozmowy z Maćkiem znajdziesz za to w  podcaście.

Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie i życzę sukcesów, w którymkolwiek kraju teraz jesteś 🙂

ropp13 max - Praca w Niemczech

Archiwum

Newsletter

Archiwum

Newsletter

Newsletter

Życie i praca w Anglii

Wolisz słuchać zamiast czytać? Zapraszam, zatem do odsłuchania tego materiału w formie podcastu:



Możesz również pobrać ten odcinek klikając tutaj

 

 

Anglia. Ryba z frytkami, nieprzemijający deszcz i zamiłowanie do piłki nożnej. A Tobie z czym się kojarzy Wielka Brytania? W ramach dzisiejszego podcastu rozmawiam z moim gościem Bartoszem Rogalą o tym, ile z tych i innych stereotypów jest bliskich prawdy patrząc na to z perspektywy życia i pracy w Anglii.

Poniżej znajdziesz podsumowanie najważniejszych aspektów naszej rozmowy, naszpikowane dodatkowymi materiałami. Nie mniej jednak gorąco zachęcam Cię również do odsłuchania dzisiejszego nagrania.

 

Od czego się zaczęło?

Bartek (27 l.) z wykształcenia inżynier żywności, absolwent Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, pod koniec 2015 roku podjął decyzję o wyjeździe z kraju. Powodów ku temu było kilka. Po pierwsze, poczuł się znudzony swoją dotychczasową korporacyjną pracą i zapragnął czegoś więcej. Zdecydował się ruszyć na rynek pracy. Na początek, z powrotem na ten krajowy. Rezultat? Zdziwienie.

Zdziwił się, gdy po trzech etapach rekrutacji i zdanych testach zaproponowano mu 1500 zł netto (przy Warszawskich kosztach życia). Dalej zdziwił się, gdy zobaczył ten sam model działania u większości rekruterów: obiecaj (wysokie zarobki, ciekawy zakres obowiązków itd.) -> zmęcz (skomplikuj proces rekrutacji tak, aby kandydat poczuł, że bierze udział w prawdziwej selekcji) -> zaproponuj śmieszne warunki (niewspółmierne do zakresu obowiązków czy też pozycji kandydata) -> szukaj dalej (w razie gdy trafi Ci się taki „Bartek”).

 

Wykres 1. Błędne koło rekrutacji

ropp12 wykres - Praca w Anglii

W związku z powtarzającym się powyższym scenariuszem, Bartek doszedł do wniosku, że nic go tutaj (w Polsce) mocno nie trzyma, więc może warto pomyśleć o tymczasowej emigracji? Będzie to świetna okazja do doszlifowania swojego języka angielskiego, przeżycia przygody i odłożenia paru groszy w tak zwanym międzyczasie.

Wybór miejsca docelowego był prosty: padło na Anglię, a ściślej mówiąc na Manchester, w którym to przebywał już od kilku miesięcy jego brat.

 

Jak wygląda Manchester oczami emigranta?

Mimo iż samo miasto nie ma dużej populacji (około pół miliona mieszkańców), to cała okoliczna aglomeracja zamieszkiwana jest już przez 2,5 miliona ludzi, co czyni ten rejon drugim najgęściej zaludnionym obszarem Anglii. Samo miasto nasycone jest industrialnymi obiektami, jako, że było ważnym przyczółkiem rewolucji przemysłowej w tym kraju. Oczywiście ma ono również do zaoferowania wiele zabytków i obiektów kulturowych, ale nie czas i miejsce na ich wymienianie 🙂

 

Popatrzmy na praktyczne aspekty, które mogą się okazać przydatne dla nowoprzybyłych. Po pierwsze, jeżeli przywykliśmy do standardów komunikacji miejskiej oferowanych przez większe miasta w Polsce, to przeżyjemy szok w Manchesterze. Tam komunikacja publiczna jest w opłakanym stanie. Autobusy kursują w oderwaniu od oficjalnych rozkładów, ceny biletów sięgają kilku funtów za parę minut podróży a co gorsza, nie istnieje jeden publiczny przewoźnik: patrz ZTM. Zamiast tego jest siatka mniejszych i większych firm przewozowych, o często pokrywających się rejonach i różnych taryfikatorach. Można sobie wyobrazić, jaki chaos to wprowadza. Dlatego jeżeli już tam trafimy i będziemy planowali podróż np. na rozmowę rekrutacyjną, skorzystajmy z taksówki albo udajmy się na spotkanie z dużym wyprzedzeniem. W innym przypadku możemy nie dotrzeć na czas na wskazane miejsce.

 

Jeżeli wybierzemy opcję mniej ryzykowną i zamówimy taksówkę, to pamiętajmy, ze w Anglii kierujemy się kodami pocztowymi, a nie nazwami ulic. Dlatego sprawdźmy wcześniej te cyfry przed zamówieniem taksówki. Za trzaśnięcie drzwiami taksówkarz zainkasuje od nas ok 2,5 funta (13 zł), a za kilometr w miejskiej strefie zapłacimy ok 1,9 funta (10 zł).

 

Praca w Anglii a Polacy

Pierwszym szokiem dla Bartka po wyjściu z metrolinka było usłyszenie naszego ojczystego języka – u pierwszej napotkanej osoby w tym mieście. Przy okazji, metrolink jest to ichniejsza sieć tramwajowa oplatająca rejon Manchesteru, co widać z rozkładówki poniżej:

 

Rysunek 1. Schemat sieci metrolink

ropp12 rysunek1 metrolink - Praca w Anglii

Oczywiście wracając do kwestii Polaków i ich postrzegania: tak, jak większość Słowian i emigrantów z Europy nie mają oni specjalnych problemów z adaptowaniem się do nowych warunków i do otoczenia. Nie zamykają się oni w hermetycznych grupach, pozostając otwartymi na otaczający ich świat. Oczywiście bohaterowie pierwszej fali emigracyjne (głównie pracownicy fizyczni) funkcjonują często w formie przetrwalnikowej – jak najwięcej zarobić + jak najwięcej oszczędzić i wysłać do rodzin w Polsce, niemniej jednak wkład naszych rodaków w gospodarkę tego kraju jest ogromny. Według wyliczeń Instytutu Sobieskiego w latach 2014-2020 wyniesie on prawie 64 mld euro zysków. Zdziwiony? Taka jest moc sprawcza blisko 700 tysięcy Polaków żyjących i pracujących w Anglii (tutaj szacunki się różnią, brytyjski spis powszechny nieuwzględniający Szkocji mówi o 579 tys., a polski GUS o 680 tys.).

 

Wkład polskich emigrantów w gospodarkę Anglii wyniesie 64 mld euro zysku w latach 204-2020 twitter

 

Skutki różnicy kulturowo-językowych

Oczywiście Polacy giną niczym kropla w morzu w obliczu rzeszy emigrantów z innych rejonów świata przybywających w to miejsce. W oczy rzucają się Pakistańczycy i emigranci z Afryki gdzie każdy z nich mówi swoją interpretacją angielskiego, co tylko potęguje chaos językowy.

 

Sami rodowici mieszkańcy Manchesteru mówią z bardzo specyficznym akcentem. To, co zwraca uwagę jest np. forma wypowiadania samogłoski „u”. Tam gdzie w ramach Received pronunciation (ten angielski, który znamy z BBC) słowo number wymówilibyśmy, jako „namber”, tam w Manchesterze uświadczymy mocnego „number”. Może to się okazać problematyczne w momencie, w którym będziemy telefonicznie załatwiali np. formalności w banku. Na infolinii automat nie poprosi nas o kliknięcie odpowiednich klawiszy (tak, jak w Polsce), lecz o wymówienie odpowiedniego numeru. W tym momencie, jeśli nie wykażemy się znajomością lokalnego akcentu, system rozpoznawania głosu nie przepuści nas dalej.

 

Wielu miejscowych powtarza bez ukrytego żartu, że sami Anglicy mają nie raz problem ze zrozumieniem się nawzajem. A co dopiero, gdy dodamy do tego mieszankę kulturową emigrantów z całego świata…

 

Różnice pomiędzy Received pronunciation a akcentem z Manchasteru

Oczywiście jak w każdym dialekcie tak w przypadku tego z Manchesteru, mamy do czynienia nie tylko z różnicami wymowy (patrz wyżej), ale również ze słowotwórstwem charakterystycznym dla danego rejonu. Poniżej przedstawiam kilka przykładów lokalnego slangu, którego trafne użycie pozwoli nam wtopić się w tłum, gdy już tam dotrzemy 🙂

 

Tabela 1. Slang Manchesterski

ropp12 tabela1 - Praca w Anglii

 

Jeżeli chciałbyś poznać różnice w wymowie poszczególnych słów (nie slangowych) to obejrzyj ten film:

 

A jeżeli zastanawiasz się czy manchesterski jest jedynym dziwnym akcentem w UK, musisz zobaczyć to nagranie, w którym Pani Siobhan Thompson (autorka kanału Anglophenia) naśladuje 17 różnych akcentów brytyjskich pokazując również ich miejsce pochodzenia:

 

Emigracja i praca w Anglii a relacje z bliskimi

Wracając do historii Bartka. Szykując się do wyjazdu, postawił on sobie za cel nie utracić tych kontaktów, które zdobył i pielęgnował przez lata. W jego ocenie: dla chcącego nic trudnego. Nawet przy ograniczonej częstotliwości wizyt w Polsce, wystarczy trochę dyscypliny i regularności w kontaktach zdalnych: skype, facebook, whatsup itd. Nasza rekomendacja: przygotowujmy znajomych i bliskich do nowego stylu i formy komunikacji jeszcze przed wyjazdem. W ten sposób zminimalizujemy szok związany z brakiem spotkań fizycznych.

 

Jak wyjazd do Manchesteru wpłynął na rozwój osobisty naszego bohatera?

To, co miało być ciekawą przygodą stało się czymś zdecydowanie więcej. Emigracja zawsze stanowi pewnego rodzaju wyzwanie. Kwintesencję wyrwania ze strefy komfortu. Z dnia na dzień zostajemy przeniesieni do nowego, nieznanego otoczenia, w którym zaczynamy z czystą kartą. Musimy zbudować wszystkie relacje od nowa, nauczyć się niuansów kulturowych i obyczajowych. Narysować swojego rodzaju mapę/schemat nowych zachowań. Dodatkowym wyzwaniem staje się przełamywanie bariery językowej. To wszystko pozwala nam spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość z innej perspektywy. Możemy zacząć podważać to, co wydawało nam się oczywiste, modyfikując swoją filozofię życiową w większym lub mniejszym stopniu, koniec końców wzbogacając naszą osobowość.

Do rzeczy. Czyli ile można zarobić w UK, ile odłożyć i jaki są koszty życia?

Czy praca w Anglii się opłaca? Na „start” w Manchesterze, zatrudniając się poprzez agencję pracy można zarobić od 900 do 1100 funtów brytyjskich (4803 do 5870 zł). Dlaczego przez agencję? Prawda jest taka, że doświadczenie zebrane w Polsce w większości przypadków nie będzie brane przez angielskiego pracodawcę pod uwagę. Jeżeli nie możemy się wylegitymować pracą w międzynarodowej korporacji, obecną również na angielskim rynku, nasz nowy potencjalny pracodawca nie będzie nawet próbował weryfikować naszych doświadczeń, po części z braku zaufania, a po części z powodu bariery językowej. W takim przypadku przyjeżdżamy do Anglii z czystą kartą, a naszym celem staje się zbudowanie wiarygodności i zebranie pozytywnych referencji na tym rynku. Dlatego właśnie w opinii Bartka ok ¾ emigrantów zaczyna pracując w agencji pracy, w której nie ma tego typu bariery wejścia.

 

Ok. znaleźliśmy już swoją tymczasową pracę, ale czy koszty życia nas nie zjedzą? Na wynajęcie pokoju, wyżywienie, transport będziemy potrzebowali… 500 do 600 funtów (nie licząc oczywiście używek, rozrywki itd.). Oznacza to, że bez większego wysiłku, pracując na granicy płacy minimalnej jesteśmy w stanie odłożyć ok 2600 zł miesięcznie.

 

Cennik wybranych lokalnych produktów w Manchesterze znajdziesz poniżej:

 

Tabela 2. Ceny typowych produktów spożywczych

ropp12 tabela2 anglii

Dysproporcje w wartości nabywczej widać również w towarach luksusowych. Przykładowo, jeśli chcielibyśmy zakupić Porshe Boxter, z drugiej ręki i z dobrym przebiegiem, powinniśmy na ten cel wygospodarować ok 5000 funtów (26 683 zł)

Dla kogo Manchester się nie nadaje?

Ciężko będą miały osoby słabsze psychicznie, przyzwyczajone do monokulturowego, statecznego życia. Oczywiście brak znajomości języka będzie tylko potęgował nasz strach i niepewność. Pamiętajmy jednak, że nie brakuje ludzi, którzy emigrują z jeszcze gorszymi predyspozycjami. A wiesz, dlaczego im się udaje? Ponieważ mają niezwykle mocną misję, cel ich wyjazdu. Niezależnie czy jest to troska o zapewnienie godnego życia dla swoich bliskich, przeżycia przygody swojego życia czy rozwoju osobistego – musimy sobie uzmysłowić ten cel, skupić na nim całą energię i resztę odłożyć na bok.

 

Czy chcę Cię nakłonić do emigracji? Nie. Uważam, że nie ma tutaj złego wyboru. Niezależnie czy chcesz zostać w kraju czy wyjechać, musisz tylko mieć pewność, że Ty tego chcesz. Że to jest Twoja własna misja.

 

Tymczasem dziękuję Ci za to, że tu jesteś. Zainteresował Cię ten temat? Jeśli tak to zapoznaj się z poprzednim odcinkiem z cyklu „Życie i praca w…”, w którym braliśmy na warsztat emigrację do Szwajcarii.

 

 

 

A może samemu masz doświadczenia z emigracji, którymi chciałbyś się podzielić? Jeśli tak to zostaw proszę komentarz pod tym wpisem, albo napisz do mnie – może razem nagramy następny wywiad? 🙂

Dla przypomnienia, całość rozmowy z Bartkiem znajdziesz za to w podcaście.

Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie i życzę sukcesów, w którymkolwiek kraju teraz jesteś 🙂

 

 

Wybrane źródła:

 

Bartosz Rogala 🙂

Analiza Instytutu Sobieskiego

Flaga Anglii

Koszty życia w Manchesterze

 

ropp12 min - praca w Anglii

Archiwum

Newsletter

Archiwum

Newsletter

Archiwum

Newsletter