Tag: Polacy za granicą

Życie i praca na Bali

Wolisz słuchać zamiast czytać? Zapraszam zatem do odsłuchania tego materiału w formie podcastu:

Możesz również pobrać ten odcinek klikając tutaj

 

 

Podejmując decyzję o emigracji możemy mieć różne powody ku temu. Czasem naszą motywacją są lepsze zarobki, czasem chęć zmienienia środowiska a czasem jeszcze coś innego.

Jeżeli chcesz poznać lepiej niesamowitą wyspę Bali i historię przemiany pewnej niezwykłej osoby – zapraszam dalej.

 

 

Marta

Bohaterką dzisiejszej historii jest Marta Komosa od ponad 3 lat żyjąca i pracująca na Bali.

Będąc jeszcze w Polsce studiowała nauki społeczne na Uniwersytecie Warszawskim. Następnie podjęła pracę w branży HR, którą z czasem zamieniła na branżę eventowo-muzyczną.

 

 

Początki emigracji

Był rok 2006. Ówczesny partner Marty (Włoch z pochodzenia) nie może znaleźć pracy w Polsce. Dla ekspatriantów wysyłanych tu na kontrakt sytuacja jest łatwiejsza. On będąc już na własną rękę w kraju poszukuje na próżno. Razem z Martą podejmują decyzję o wyjeździe – pada na europejską stolicę finansową, Frankfurt.

Tam Marta piszę swoją pracę magisterską dotyczącą drugiego pokolenia polskich emigrantów żyjących w Niemczech.

 

 

Przystanek Luksemburg

Przeprowadzka do Luksemburga zbiegła się w czasie z uwolnieniem rynku pracy dla Polaków w ramach Unii europejskiej. Co można powiedzieć o tym jednym z najmniejszych a jednocześnie najbogatszych krajów UE?

- Luksemburg jest swoistą kolebką sektora finansowego a w szczególności rynku funduszy inwestycyjnych

- Zdecydowana większość ludzi pracujących w Luksemburgu mieszka w rzeczywistości w Belgi, Francji lub Niemczech, z których dojazd do pracy średnio nie przekracza 30 km. Dzięki temu można odprowadzać mniej podatków, jednocześnie zarabiając więcej.

- Luksemburg jest niezwykle drogim i specyficznym miejscem, gdzie w wyniku powyższego procesu większość sklepów i miejsc rozrywkowych nie funkcjonuje po godzinie 18

- Dla przeciwwagi trzeba dodać, że jest tutaj wiele aktywnych instytucji unijnych jak również wiele organizacji pozarządowych. Przykładem tych drugich niech będzie Junior Chamber International – organizacja zrzeszająca młodych ludzi (18-40 lat) i umożliwiająca udział wszelakich projektach biznesowych i charytatywnych,

Po Luksemburgu nadszedł powrót do ojczyzny. Tutaj Marta spędziła kolejne 3 lata aż do wybuchu kryzysu w jej branży. Wtedy to stwierdziła, że czas wyjechać ponownie – tym razem dla siebie samej a nie dla kogoś innego.

 

Przychodzi w życiu taki moment, że musimy wyjechać dla siebie, a nie dla kogośtwitter

 

O bali

Jedna z ponad 17 000 wysp administracyjne przynależących do Indonezji – największego muzułmańskiego kraju na świecie, o całkowitej populacji 200 mln (gdzie 90% stanowią muzułmanie). Mimo wszystko w kwestiach wyznaniowych Bali stanowi wyjątek z racji na dominujący tu hinduizm buddyjski. Niemniej jednak panuje tutaj niezwykła wolność i otwartość wyznaniowa – można spotkać wspólne parkingi dla 5 a nawet 6 kościołów różnych wyznań.

Kolejną kwestią, która bezsprzecznie przykuwa uwagę to zamiłowanie do piękna wśród lokalnych mieszkańców. Widać to na każdym kroku, np. w formie ofiar składanych z kwiatów – 5 razy w ciągu doby.

Można śmiało powiedzieć, że Bali słynie ze swojej kobiecej energii. Nie widzimy tutaj pogoni za karierą, spełnieniem czy walką. Zamiast tego mamy okazję medytować, uprawiać jogę i ładować akumulatory.

Podsumowując, Bali zmusza do rozwoju tych, którzy zostaną tu odpowiednio długo.

bali_mapkażycie i praca na bali 3
życie i praca na bali 1
życie i praca na bali 2

Życie na Bali

Przed podjęciem decyzji o zapuszczeniu korzeni na Bali, Marta odwiedziła Wietnam i Tajlandię. Lecz dopiero na Indonezyjskiej wyspie poczuła, że tu jest jej dom.

Jak po 3 latach podsumowuje życie na Bali?

  • Początkowo rodzina nie była przekonana, co do decyzji Marty. Dopiero, gdy zobaczyli jak jest szczęśliwa, jak się rozwija i jak wygląda jej typowy dzień – zmienili zdanie. Dlatego jeżeli też wąchasz się na podobną decyzją, postaraj się wciągnąć swoją rodzinę na pokład. Niech zrozumieją Twoją decyzję. Dzięki temu zdobędziesz ich wsparcie – tak potrzebne, gdy trafiasz do obcego miejsca.
  • Bali jest na tle innych wysp indonezyjskich bardzo rozwinięte. Za tym idą większe inwestycje i napływ turystów. A im więcej turystów tym wyższe ceny, stąd też na wyspie tej życie do tanich nie należy
  • Szczególnie mocno eksploatowane przez turystów jest południe wyspy. Mekką surferów jest Kuta – ulubiony cel nieokrzesanych Australijczyków, przybywających tutaj na libacje alkoholowe.
  • Przeciwwagą do Kuty jest Ubut – miasto wypełnione kulturą, duchowością i jak to Marta mówi pozytywną energią. Nie powinno, więc dziwić, że to tam właśnie zamieszkała.
  • Wracając do kosztów życia, będziemy potrzebować, co najmniej 800 dolarów (ok 10 mln Rupii Indonezyjskich), aby spokojnie się utrzymać. Na to składa się:
    • Wynajem mieszkania = 400$ (dwie sypialnie, bez basenu). Należy przygotować się na to, że miejscowi najchętniej wynajmują na okres całego roku mc (wielu chce na rok) 400$ mc a przy dwóch sypialniach
    • Skuter 50$ miesięcznie przy wynajmie długoterminowym
    • Z racji na muzułmańskie wyznanie większości narodu, alkohol jest niezwykle drogi
    • Papierosy za to wręcz przeciwnie – Indonezja jest ogromnym producentem papierosów
    • W kwestii jedzenia bardziej opłacalne jest stołowanie się poza domem w lokalnych restauracjach gdzie za kilka dolarów można najeść się do syta.
    • Wszystkie produkty importowane są bardzo drogie, dlatego należy opierać się na lokalnych wytworach
    • Obowiązkowo ubezpieczenie – dobrze sprawują się długoterminowe ubezpieczenia turystyczne. Lokalna służba zdrowia jest w opłakanym stanie, dlatego jeżeli nie chcesz wpędzić się w tarapaty zabezpiecz się odpowiednią polisą.

 

Praca na bali

Marta w początkowym okresie na wyspie zaczęła razem ze swoim partnerem z polski sprowadzać maszyny do zwiększania zasadowości wody. Okazuje się, bowiem, że wiele chorób swoje źródło ma w zbyt zakwaszonym środowisku panującym w naszym organizmie. Stąd też coraz bardziej popularne stają się maszyny do alkalizacji, dzięki którym przygotujemy wodę o dowolnym stopniu zasadowości.

Patrząc na temat budowania kariery, praca na bali rządzi się swoimi prawami. Oto niektóre z nich:

  • Indonezja to jedna wielka korupcja – bardzo ciężko robić tu coś legalnie
  • Biorąc powyższe pod uwagę, pół biedy, jeżeli jesteś rodowitym mieszkańcem. Wtedy nikt nie będzie Cię weryfikował czy i jakie podatki płacisz. Co innego jednak, jeżeli jesteś obcokrajowcem. Wtedy znajdujesz się pod stały nadzorem i dozorem.
  • Tylko 2 rodzaje spółek w Indonezji przewidują udział obcokrajowców
    • Pierwsza to PITI (obcokrajowiec może mieć tutaj maksymalnie 49% udziałów – reszta musi być w posiadaniu Indonezyjczyka). Założenie tej spółki to koszt rzędu kilku tysięcy dolarów, a cały proces trwa nawet kilka miesięcy.
    • Druga opcja to spółka PMI – jedyna spółka, w której 100% udziałów może mieć obcokrajowe. Haczyk znajduje się w kapitale zakładowym, który musi wynosić, co najmniej 1 milion dolarów …
  • Podstawą jest poznawanie ludzi i budowanie sieci kontaktów. Dzięki znajomościom z lokalnymi mieszkańcami i ekspatriantami zwiększamy znacząca szansę na znalezienie pracy
  • Domyślną strefą jest szara strefa – zatrudnienie na czarno
  • W kwestii wynagrodzeń, obcokrajowcy średnio dostają 2 – 3 razy więcej niż lokalesi niemniej jednak dostać więcej niż 1000$ jest trudno. Większość ludzi zamiast szukać tu pracy wchodzi ze swoim kapitałem i go pomnaża
  • Balijczycy są uczciwi i wierzą w karmę, ale mimo wszystko wielu z nich pieniądze z pewien sposób zniszczyły, dlatego trzeba się mieć na baczności
  • Aby zostać legalnie zatrudnionym musimy być w odpowiedniej spółce, których nie ma dużo, – dlatego trudno o legalną pracę. Pełne pozwolenie o pracę kosztuje ok 2 tys. dolarów rocznie i wymaga potwierdzenia listownego z lokalnej firmy
  • Wizę turystyczną możemy dostać na okres 30 dni z możliwością przedłużenia do 60 dni– absurd jest taki, że wystarczy wyjechać na 3h poza granicę kraju i można od nowo dostać taką wizę, dlatego wszyscy latają do Singapuru i wieczorem wracają z nową wizą turystyczną
  • Alternatywą jest wiza biznesowa, ale należy pamiętać, że nie daje ona od razu pozwolenia na pracę tylko umożliwia jej poszukiwanie (negocjacja oraz poszukiwanie partnerów biznesowych)
  • Prowadząc biznes bez pozwolenia, jako obcokrajowiec narażamy się na częste i wyrywkowe kontrole (w przypadku ogłaszania się, reklamowania, poszukiwania pracowników itd.)
  • Często się zmieniają przepisy, które na dodatek są mocno protekcjonistyczne – trudno np. kupić nieruchomość tutaj
  • Idealnym rozwiązaniem jest prowadzenie biznesu online na Bali – koszty życia nadal są niższe niż w Polsce, (jeżeli nie wiedziemy życia „turysty”), a do tego dochodzi piękno i spokój samej wyspy.

Podsumowanie

Bali jest miejscem, do którego udajemy się by się wzbogacić. Ale nie taka jak w przypadku Szwajcarii, Niemiec i Tanzanii wzbogacić finansowo tylko duchowo. Dopiero potem, gdy będziemy wyznawać wszystkie zasady karma itd. pieniądze również dotrą.

Tak też stało się w przypadku Marty, która obecnie rozpoczyna nową działalność polegającą na organizowaniu wyjazdów transformacyjnych dla kobiet (medytacja i praca nad sobą) jak również udziela indywidualne konsultacje. Jeżeli chciałabyś dowiedzieć się więcej kliknij tutaj

Martę możecie znaleźć również na Facebooku w grupie holistic healing by Marta Komosa

Wybrane źródła:

 

Marta Komosa 🙂

Junior Chamber International

Transform Retreats

Zdjęcia

Mapa

 

ropp26 max - praca na bali

Archiwum

Newsletter

Archiwum

Newsletter

Newsletter

Życie i praca na Malcie

Wolisz słuchać zamiast czytać? Zapraszam zatem do odsłuchania tego materiału w formie podcastu:

Możesz również pobrać ten odcinek klikając tutaj

 

Przyszedł już ten czas, aby wyemigrować! Znam angielski, nic mnie tu nie trzyma, więc jadę na wyspy. No tak, ale po Brexicie chyba nie będą to Wyspy Brytyjskie… Na ratunek zmierza archipelag niewielkiego i mało znanego w Polce kraju – Malty.

Dzisiaj razem z moim gościem przybliżymy Ci realia życia i pracy na tej wyspie wielkości Krakowa na Morzu Śródziemnym.

 

 

Przepraszam, ale z kim mam przyjemność?

Nasz dzisiejszy bohater, po studiach w Rzeszowie wyruszył za pracą do Krakowa. Tam w dwóch międzynarodowych korporacjach zaznał życia pod krawatem i nauczył się poruszać się w tym specyficznym środowisku. Sztywne zasady, mała elastyczność i duże budżety. Wszystko to ma swoje plusy i minusy – tym bardziej widoczne, gdy udamy się do bajecznego, subtropikalnego kraju.

 

Na Maltę Mateusz udał się w celach turystycznych. Niemniej jednak po kilku miesiącach historia zatoczyła koło i zjawił się tam ponownie. Tym razem na dłużej.

 

 

Słów kilka o Malcie

Tak jak to Mateusz zauważył w naszej rozmowie, świadomość wśród Polaków o tym wyspiarskim kraju jest naprawdę niewielka. Prawie tak niewielka jak jego powierzchnia – 320 km2, czyli wielkości Krakowa. Co ciekawe, mieszka tu o połowę mniej ludzi niż w naszej turystycznej stolicy.

 

Jeśli chodzi o lokalizację, to wystarczy nam godzinka na promie i już jesteśmy we Włoszech. Ściślej mówiąc: będziemy potrzebowali przebyć tylko 80 km  w drodze na kontynent. Tę i inną drogą rocznie dociera do Malty 1,5 miliona turystów. Czeka na nich klimat śródziemnomorski, przyjaźni mieszkańcy i największa ilość zabytków w przeliczeniu na km2 na świecie.

 

To ostatnie jest wynikiem burzliwej historii Malty, która jako ze względu na swoją strategiczną pozycję w Basenie Morza Śródziemnego, przechodziła po kolei z rąk do rąk. Najpierw u Fenicjan, dalej u Rzymian potem Turków, Francuzów i na końcu Anglików. Ci ostatni zostawili tutaj swój język, który razem z maltańskim stanowi język urzędowy.

 

Co ciekawe poziom znajomości i rozpowszechnienia języka angielskiego jest na archipelagu maltańskim tak wysoki, iż stał się on kolebką wybitnych szkół językowych. Zjeżdżają tutaj studenci z całego świata. A więc praca na Malcie czy też wczasy nie są jedynym powodem, dla którego tak wielu zmierza do tak małego kraju.

 

 

Wyobraź sobię wyspę wielkości Krakowa, dryfującą po morzu śródziemnym. Do tego podziel ilość mieszkańców na dwa. Rezultat - Maltatwitter

 

 

Życie na Malcie

Kontynuując powyższy wątek zastanówmy się jak wygląda życie emigranta w tym kraju. Tak jak wspomniałem, dogadamy się bez problemu dzięki wszechobecności języka angielskiego. Przy okazji będziemy mieli możliwość poznać wielu rodowitych Brytyjczyków, którzy hordami nawiedzają wyspy Malty. Znani ze swoich nieokrzesanych zachowań po alkoholu mogą nam podnieść poziom adrenaliny we krwi.

 

Nie odczujemy tego jednak od miejscowych, którzy są niezmiernie przyjaźnie i pogodnie nastawieni do przyjezdnych. Wynika to nie tylko z ich dobrego usposobienia, ale również z faktu, o którym wspomniałem: Malta jest istnym zagłębiem szkół językowych. Rodzice z całego świata wysyłają swoje nastoletnie pociechy, aby uczyły się tutaj obcych języków. Stąd też miejscowym bardzo zależy na tym, by ich pobyt odbył się spokojnie i bez powikłań.

 

Gdy już przyjdzie naszym przyjezdnym dokonać pierwszego zakupu, odbędzie się on w walucie EURO. Malta jest bowiem członkiem Unii Europejskiej, również w jej monetarnym wymiarze. Jeśli chodzi zaś o podstawowe koszty życia, to nie różnią się one znacząco od tych w Polsce.

 

Przykładowo, w kwestii transportu: 2-godzinny bilet będzie nas kosztował 2 euro. Jest to bilet przesiadkowy, możemy za jego pomocą przemieszczać się dowolnym autobusem, jak również promem, które sprawują się zdecydowanie lepiej w codziennej komunikacji. Wynika to z bardzo dużego zagęszczenia samochodów osobowych – znaczenie przekraczającego przepustowość lokalnych dróg.

 

Inne codzienne wydatki znajdziesz w tabeli poniżej:

 

Tabela 1 - wybrane koszty życia na Malcie

ropp25 tabela - praca na Malcie

 

To, na co warto zwrócić uwagę to kwestia wynajmu mieszkań. Nie mamy tu, co prawda, problemów z wysokim progiem wejścia, o jakim mówił Bartek w kontekście życia w Manchesterze (gdzie od wynajmujące wymaga się m.in. potwierdzenia stałego zatrudnienia), niemniej jednak mamy napływ turystów i studentów, którzy szybko rozchwytują dostępne mieszkania, jak również i pojedyncze pokoje. Wniosek – chcąc przeprowadzić się na Maltę poszukuj mieszkania poza sezonem, np. w styczniu czy lutym. Tak też zrobił Mateusz, korzystając z polecenia swojej znajomej. Dzięki temu nie dość, że znalazł ciekawe lokum w przystępnej cenie (200 euro) to jeszcze uniknął prowizji agentów nieruchomościowych, którzy za znalezienie lokum liczą sobie jeden czynsz z wynajmu.

Reasumując, w kwestii zakwaterowania lepiej trzymać się z dala od morza. Zasada jest prosta – im bliżej wody i dzielnic turystycznych, tym drożej.

 

ropp25 1 - praca na malcie
ropp25 3
ropp25 2

Praca na Malcie

Tak, jak już wspominałem, Mateusz niedługo po wizycie turystycznej na Malcie dostał wiadomość przez linkedin dotyczącą procesu rekrutacyjnego prowadzącego przez naszą krajankę, obecnie również zamieszkałą na wyspach.

 

Procedura rekrutacyjna odbyła się szybko i sprawnie: najpierw były dwie rozmowy na skypie, przy czym druga już z szefem firmy. Następnie przyszło zakupić bilet na Maltę, spotkać się z nowymi kolegami i pracodawcami i voila la! Wylatujemy już gotowi do podjęcia nowego zajęcia. Dwa tygodnie później Mateusz już z większymi walizkami wylądował z powrotem na Malcie.

Warto nadmienić, że znalazł zatrudnienie w branży finansowej – jednej z trzech prężnie działających sektorów maltańskiej gospodarki, gdzie pierwszym z nich jest naturalnie turystyka. Tutaj możemy ubiegać się o tzw. Summer jobs (prace letnie) na stanowisku kelnera, sprzątacza itd.

 

Druga w kolejności przychodzi branża igamingu. Od 2000 roku złożono ponad 500 aplikacji na rozpoczęcie działalności w ramach maltańskiego urzędu loterii i gier.  Co ciekawe, wszystkie formy interaktywnego igaminu mogą być rozwijane na Malcie, poczynając od internetowych kasyn, bukmacherki, loterii na jednorękich bandytach kończąc. Gwałtowny rozwój igamingu na Malcie wynika z faktu iż:

  • Malta jest jedynym krajem w ramach EU, który skutecznie uregulował sektor internetowych gier,
  • Malta jest rajem podatkowym,
  • Proaktywne podejście maltańskiej władzy w stosunku do sektora igaminu,
  • Dobra infrastruktura telekomunikacyjna,

Trzecia przychodzi branża finansowa, w której również Mateusz znalazł zatrudnienie. Jej gwałtowny rozwój można zawdzięczać niezwykle korzystnym ulgom podatkowym, które wręcz czynią Maltę rajem podatkowym.

 

Podsumowując: praca na Malcie może być ciekawym i dochodowym zajęciem, o ile znajdziemy się w trzech głównych branżach: turystycznej, igamingowej czy też finansowej. Należy pamiętać, ze nie jest to prężnie rozwijająca się gospodarka z milionami ludźmi stale zasilającymi jej szeregi. Jest to kraj mały, o jeszcze mniejszej populacji. Niemniej jednak, jeżeli dobrze wszystko zaplanujemy to znajdziemy tu dla siebie miejsce.

Przede wszystkim pamiętajmy o tym, aby większość procesu rekrutacyjnego dokonywać jeszcze z poza jej granicami: w ten sposób unikniemy nieprzyjemnego rozczarowania i stanu zawieszenia po przyjeździe na miejsce.

 

 

Dla kogo się Malta nie nadaje

Na koniec warto wymienić, dla kogo Malta się nie nadaje. Możemy wyszczególnić następujące grupy ludzi, którzy powinni dwa razy przemyśleć swoją decyzję o wyjeździe na ten wyspiarski kraj:

- osoby o zbyt dużych wymaganiach finansowych

- osoby o tendencji do zbyt szybkiego nudzenia się i unikania monotonii (Malta z racji na swój rozmiar jest dosyć przewidywalna, a zasób atrakcji jest mocno ograniczony). Dodatkowo życie tutaj toczy się w lecie, poza sezonem jest uśpiona

Dla kogo Malta nadaje się z całą stanowczością?

Dla nurków 🙂 dla nich będzie to raj z racji na ilość dostępnych miejsc czy też temperaturę wód.

Wybrane źródła:

 

Mateusz Esing 🙂

Igaming

Informacje o Malcie

Zdjęcia Malty

 

ropp25 max - praca na malcie

Archiwum

Newsletter

Archiwum

Newsletter

Newsletter

Życie i praca w Tanzanii

Wolisz słuchać zamiast czytać? Zapraszam, zatem do odsłuchania tego materiału w formie podcastu:

Możesz również pobrać ten odcinek klikając tutaj

 

Jeśli potrzebujesz gruntownej zmiany otoczenia, a jednocześnie dobrze czujesz się w gorącym klimacie możesz zastanawiać się nad podróżą do Afryki. Niezależnie od tego, czy cel tej podróży miałby być turystyczny czy zawodowy – musisz się naprawdę poważnie wyedukować, jeśli chcesz uniknąć nieprzyjemnych sytuacji i napawać się pięknem tego kontynentu. Naukę od czegoś trzeba zacząć, dlatego dzisiaj razem z moim gościem porozmawiamy o tym, jak jedna impulsywna decyzja o wyjeździe może rozpocząć długą i fascynującą przygodę, która w tym przypadku swój finał miała w Tanzanii.

I to właśnie tej długiej przygodzie przyjrzymy się najpierw bo przecież nie cel jest najważniejszy, lecz sama podróż...

 

Co było przed Tanzanią?

Emigracja zarobkowa Oli rozpoczęła się od pracy na promie Ulisses kursującym na trasie Dublin – Holyhead. Jako wykształcony i doświadczony krupier w wyniku wielu zewnętrznych czynników stała się bezrobotna. Był rok 2005. Poinformowana przez mamę, Ola bez chwili zawahania zdecydowała się aplikować do pracy na wspomnianym promie. Nie minęło wiele czasu, a stały ląd zastąpiła otwartym morzem.

 

Praca łatwa nie była, ale płaca rekompensowała trudy. 900 funtów miesięcznie w tamtych latach robiło wrażenie na każdym.  Problemy pojawiły się, gdy statek przeszedł z bandery irlandzkiej na cypryjską. Wtedy rozpoczął się wyzysk i nadużycia – zwłaszcza w stosunku do pracowników z bloku wschodniego. Sytuacja była szczególnie trudna dla kobiet, które często z desperacji i strachu stawały się „zahukane”, koniec końców godząc się na wszystko, co druga strona im chciała zgotować.

 

Takiej łatki Oli na pewno nie przypniemy, bowiem potrafiła się ona skutecznie bronić i stawiać na swoim. Tak było również w przypadku patowej sytuacji na promie, gdy po wybuchu i uczestnictwie w proteście, została zwolniona (czytaj: wyrzucona na ląd) przed skończeniem 6-miesięcznego kontraktu, postanowiła działać. Sama będąc młodszym marynarzem, zgłosiła się do władz NSZZ Solidarność o pomoc w dochodzeniu swoich praw. Finał ten historii? Sowite odszkodowanie za poniesione szkody i pełne wsparcie. Tak działa unia morska, w której 50-letni rybak z dwudziestoma latami spędzonymi na kutrze jest traktowany na równi z młodym krupierem pracującym na promie. W chwili potrzeby – wszystkie ręce na pokład. Stąd też, jeśli kiedykolwiek przyjdzie Ci podjąć pracę poza stałym lądem, członkostwo w unii morskiej potraktuj, jako ubezpieczenie OC – z tym, że jest o wiele tańsze i obowiązuje na całym globie bez wyjątków (wysokość składki zależy od obejmowanego stanowiska, gdzie dla młodszego marynarza wynosi ona mniej niż 100 zł rocznie).

 

Niezależnie od szczęśliwego zakończenia epizodu na promie, Ola znalazła się w Dublinie i nie wiedziała, co ze sobą począć. Wychodząc z założenia, iż większość jej znajomych już się tam przeniosła (m.in. na skutek fali migracyjnej po wstąpieniu Polski do UE), Ona może równie dobrze postąpić podobnie. W związku z tym, kontynuując swoją karierę w kasynie przepracowała tam 4 lata. Warto tu nadmienić, że w tamtych latach Dublin był mekką dla krupierów – nigdzie nie można było zarobić więcej. Diler (najniższe stanowisko w kasynie) razem z tipami zarabiał 4 tysiące euro.

Sytuacja skomplikowała się po kontuzji kolana, która zmusiła Olę do czasowego powrotu do Polski. Zaraz po zabiegu rozpoczęła rekonwalescencję, mając z tyłu głowy, iż trzeba już wracać do Irlandii. Ku jej zdziwieniu, jej pracodawca na dzień dobry wręczył jej formularz P45, który w skrócie można by podsumować jako „zwalniam Cię!”. No tak, ale przecież była w tym czasie w szpitalu, więc pracodawca nie mógł jej ot tak zwolnić, prawda? W rzeczywistości prawo pracy w Irlandii nie chroni ani kobiet w ciąży, ani chorych. Nie zmienia to faktu, że zwalniając pracownika, należy mu się adekwatna odprawa oraz (w przypadku rzetelnej pracy) list referencyjny. Nawet z tym drugim pojawiły się problemy, które nasza bohaterka postanowiła rozwiązać, domagając się uczciwego potwierdzenia swoich umiejętności zdobytych przez ostatnie 4 lata pracy. Gdy tylko dostała zaktualizowany list referencyjny, udała się do siedziby sądu i złożyła pozew przeciw swojemu byłemu pracodawcy.

Nie chodziło tutaj o sam fakt zwolnienia, do którego pracodawca miał prawo. Nie chodziło nawet o pieniądze z tytułu odprawy, której Ola nie otrzymała. Chodziło przede wszystkim o zasady, o pokazanie, że (legalnie) emigrując w celach zarobkowych, nie pozbawiamy się swoich praw – niezależnie od naszej płci, postury itd., że zawsze powinniśmy walczyć o to, co nasze. Tak też zrobiła Ola, zatrudniając do tego prawnika i rozpoczynając 2-letni proces sądowy.

 

Jej były pracodawca tak przyzwyczajony do wyzysku i wykorzystywania emigrantów z naszej części Europy na pierwszą rozprawę nawet nie zaprosił adwokata, wychodząc z założenia, że wszystko ujdzie mu na sucho. Koniec końców sam sobie podłożył nogę m.in. podejmując decyzję o zwolnieniu w momencie, gdy Oli nie było w kraju i nie powiadomiwszy jej stosownie (czego wymaga irlandzkie prawo). Skutkiem była wygrana naszej bohaterki zwieńczona sowitym odszkodowaniem z tytułu ugody. Warto tu nadmienić stopień poszanowania prawa przez Irlandzkie państwo, dla którego ta sprawa w tym czasie miała niebagatelne znaczenie, rzutując na wizerunek kraju.

 

Jeszcze w trakcie prowadzenia powyższej bitwy trzeba było sobie odpowiedzieć na pytanie: Co dalej? Z odsieczą przyszedł kolega doradzając wyjazd do Afryki. Podobnie jak to było w przypadku przygody z promem, Ola złożyła aplikację i rzuciła się w wir wydarzeń. Po miesiącu oczekiwań wyszła z założenia, że nic z tego nie będzie i m.in. zapisała się na kurs prawa jazdy. Wtedy dopiero dostała sygnał, że praca jest jej i w zasadzie to musi przyjeżdżać już. Strefa komfortu aż krzyczała: zostań, nie wiesz, co Cię tam czeka, rozpoczęłaś zresztą już kurs, tu masz wszystkie swoje rzeczy itp. Itd.

Pewnie domyślasz się, że to jej nie zatrzymało, zamiast tego sprzedała to, co się dało, zawiesiła szkołę jazdy i wsiadła w samolot.

 

Tak, jak to romawialiśmy z Mateuszem w ramach cyklu poświęconego wchodzeniu na rynek pracy, referencję są absolutnie kluczowe, jeśli chcemy skutecznie budować swoją karierę. Potwierdzają one nasze słowa z CV dając namacalny dowód naszych możliwości. Warto tutaj nadmienić, iż chcąc podjąć pracę za granicą, nasze polskie doświadczenia mogą nie wystarczyć (tak, jak to mówił Bartek w odcinku poświęconym Manchesterowi). Tym lepiej, że Oli udało się uzyskać potwierdzenie w Dublinie, które otworzyło przed nią sporą część świata, znajdującą się niegdyś pod wpływami kolonialnej Anglii. Jednym z takich krajów była Tanzania.

 

Tanzania

Na wstępie dodam, że przygotowując się do rozmowy z Olą postanowiłem się najpierw dokształcić i poczytać o tym kraju. W tym m.in. odwiedziłem 5 pierwszych stron z wyszukiwarki Googla (nie wliczając w to stron biur podróży) i muszę powiedzieć, że obraz, który narysowała mi osoba żyjąca i pracująca tam przez 3 lata, różnił się od tych poprzednich opisów diametralnie.

 

Podejmując decyzję o wyjeździe do takiego kraju, jak Tanzania, nie wystarczy zakupić przewodnik, pogooglować popularne frazy związane z miejscem docelowym, czy sprawdzić ceny i koszty życia w aplikacji Numbeo. Nie oznacza to, że w tym artykule znajdziesz odpowiedź na wszystkie możliwe pytania. Zamiast tego przedstawię Ci doświadczenia zebrane przez Olę, wyselekcjonowane w taki sposób, aby ułatwić życie i pracę w tym kraju osobom chętnym do takiego wyjazdu.

 

Rysunek 1. Lokalizacja Tanzanii

Ropp 15 rys1 - tanzania

 

Tanzania jest krajem postkolonialnym, z epizodem niemieckim (XIX wiek) oraz angielskim (XX wiek). Nie zmienia to jednak sprawy, że przeciętny obywatel nie włada językiem angielskim, jak to ma np. miejsce w niedalekiej Kenii. Zawdzięczamy to głównie „ojcowi narodu” prezydentowi Juliusowi Nyerere, który doprowadził do zbliżenia z „Moskalami” i wycofania języka angielskiego ze szkół. Gdy my wychodziliśmy z PRLu, Tanzania robiła coś odwrotnego. Skutek: puste (z pozoru) sklepy, powszechna korupcja i rozkład organów państwa. W związku z tym podróżując po kraju miejmy w zanadrzu kilka nisko nominałowych dolarów w kieszeni zawsze pod ręką. Lokalni bowiem traktują białych jak bankomaty i na każdym kroku będziemy mieli sytuacje, w których gotówka oszczędzi nam wielu nieprzyjemnych sytuacji.

 

Jeśli chodzi o załatwianie spraw, to musimy również przygotować się na spory szok kulturowy. W Europie chcąc np. naprawić kabel, pójdziemy do sklepu, wymienimy go na nowy lub poczekamy na naprawę. W Tanzanii jednak ten sam proces będzie trwał bez mała cały dzień i wymagał od nas wypicia herbaty w właścicielem, długiej rozmowy i nieskończonych pokładów cierpliwości. Musimy jednak pamiętać, iż mimo bardzo powszechnego tam rasizmu (zarówno białych do czarnych i odwrotnie) ten sposób załatwiania spraw (powolny, mozolny i nieefektywny) nie wynika ze złej woli lub intencji. Jest on po prostu kwestią kulturową, którą przyjdzie nam zaakceptować lub odrzucić. Jeżeli wybierzemy to drugie, to skażemy się na izolację w hermetycznym „białym” środowisku, z dala od miejscowej kultury i całego jej bogactwa. W Tanzanii tak właśnie postępuje wielu ekspatriantów m.in. z Australii czy Nowej Zelandii. Wybierają oni to co znane i łatwe (swoje własne towarzystwo) odrzucając wszystko to co nowe i inne (lokalna kultura itd.). Skutkiem tego jest rosnąca niechęć obu stron do siebie oraz coraz wyższy mur pomiędzy nimi, utrudniający integrację a nawet codzienne kontakty.

 

Jeżeli zechcemy się asymilować i chłonąć z lokalnej kultury, koniec końców przejdziemy do wydawania pieniędzy. To, co jest pewne jak w banku to to, że na początek dostaniemy ceny dla Muzungu. Tym określeniem nazywa się białych w Afryce i tak, zgadłeś: ceny te są niebotycznie wyższe niż te, które dostają lokalni. Jak sobie zatem radzić z tym problemem? Najlepiej zaprzyjaźnić się z kimś lokalnym i jego/ją prosić o dokonywanie zakupów dla nas. To najprostszy i najbardziej efektywny sposób radzenia sobie z cenami Muzungu. Co ciekawe nawet sama nasza obecność spowoduje podwyższenie ceny, nawet, gdy transakcje przeprowadza nasz lokalny znajomy/znajoma. W związku z tym najlepiej poprosić o zrobienie zakupów solo, a przynajmniej bez obecności białych. Jeżeli to nie wchodzi w grę, pozostaje nam nauczyć się podstawowych zwrotów jak dzień dobry, do widzenia oraz pierwszych cyfr, po czym przystąpić do targowania się – jeśli nie chcesz pomylić jednej z cyfr z kobiecymi narządami płciowymi (podobna wymowa) -> polecam odsłuchać podcast do końca 😉

 

Zdecydowanie najdrożej jest w nieoficjalnej stolicy kraju Dar es Salaam zlokalizowanej na wybrzeżu. Jeżeli jesteśmy typem mieszczucha, będzie to miejsce dla nas. Uświadczymy tu typowo wielkomiejski zgiełk, tłum i korki. Musimy pamiętać, że jest to bardziej Islamska część Tanzanii, w której wyjście na targ w sukience mini może skończyć się dla nas naprawdę nieprzyjemnie. W przypadku Oli były to „tylko” miażdżące spojrzenia i nienawistne teksty rzucane w jej kierunku.

Mniej szczęścia miały Katie Gee oraz Kristie Trup – dwie Brytyjki oblane kwasem w Zanzibarze w 2013 roku (w czasie, kiedy Ola była w Tanzanii). Koniec końców stopione zostało 30% ich ciał w wyniku ataku a do dziś dzień sprawców nie złapano.

 

Czy to oznacza, że mamy zapomnieć o dalekich podróżach i zagrzebać się na kanapie? Naturalnie, że nie. To co musimy zrobić przed każdym wyjazdem w nieznanie, to porządnie odrobić lekcję domową i nauczyć się kultury i obyczajów kraju do którego się udajemy. Bez tego, nawet nieświadomie, urazić drugą stronę i doprowadzić do niepotrzebnego konfliktu.

Świadome podróżowanie wymaga od nas zaczerpnięcia wiedzy o lokalnej kulturze i obyczajach. Pozwoli nam to w porę „zdjąć ubłocone buty” przed wejściem w czyjeś życietwitter

 

Rysunek 2. Mapa Tanzanii

ropp 15 rys2 - tanzanii

 

Przenosząc się poza stolice doświadczymy prawdziwego piękna tego kraju: palmy, gekony no i przepyszne ananasy tanzańskie (jeden dolar za sztukę  = 2183,70 szylingów tanzańskich). Oczywiście standard życia będzie odpowiednio niższy. Niemniej jednak jak to ocenia Ola, nie można tego kraju uznać za biedny. Bardzo trudno bowiem znaleźć tam osobę bez dachu nad głową, której nie stać by było przynajmniej na jeden posiłek w ciągu dnia. To, o czym musimy pamiętać to fakt, iż ludzie tam żyjący, jeszcze parę pokoleń temu jedli z liści bambusowych, a ich mentalność zdaje się pozostawać dziś dzień na tym samym poziomie. Znajduje to odzwierciedlenie m.in. w gospodarce odpadami, a raczej jej braku. Śmieci znajdują się dosłownie wszędzie, a zużyte opakowania wyrzucane są za plecy. Dlatego nie traćmy czasu na poszukiwanie kosza na śmieci, bo i tak go nie znajdziemy.

 

Jeśli chodzi o relacje międzyludzkie, musimy się przygotować z jednej strony na rasistowskie nastawienie lokalnej społeczności oraz roszczeniowość przejawiającą się w nastawieniu „mi się należy” jednocześnie obserwując bardzo silne więzi rodzinne czy też elastyczność kręgosłupa moralnego w kwestii kradzieży (plaga Tanzanii)

 

Na koniec warto nadmienić, iż zarówno Tanzania, jak i cała Afryka nie należą do tanich miejsc. Koszty życia są tutaj bowiem bardzo wysokie w porównaniu do wysokości zarobków. Dlatego musimy unikać cen Muzungu, jednocześnie pozostając na lokalnym poziomie – dla porównania jedzenie w lokalnej restauracji będzie nas kosztować ok. 2 dolarów, gdzie cena dla Muzungu może wynosić nawet 20 dolarów!

 

Praca w Tanzanii

Jeżeli jako ekspatriant zdecydowaliśmy się na pracę w Tanzani, nasze doświadczenia mogą wyglądać następująco:

 

1. Aranżacja

1.1. Aplikujemy w pełni zdalnie (standardowe wysłanie CV, rozmowa kwalifikacyjna przez telefon itp. Itd.)

1.2. W razie decyzji pozytywnej ustalamy kształt i parametry kontraktu

1.3. Otrzymujemy szablon kontraktu do podpisania na miejscu (tutaj ważne jest, z kim ten kontrakt ma być podpisany – w przypadku kasyn, wiarygodność i zgodność draftu z wersją końcową jest bezapelacyjna)

1.4. Zakupujemy bilet lotniczy na własny koszt (stanowi to polisę zabezpieczeniową dla pracodawcy)

2. Akomodacja

2.1. Po przybyciu na miejsce docelowe podpisujemy uprzednio wynegocjowany kontrakt

2.2. Wprowadzamy się do przygotowanego mieszkania/domu w pełni opłaconego przez pracodawcę (również ze wszelkimi mediami)

3. Praca

3.1. W Tanzanii czeka nas 6-dniowy tydzień pracy z jednym dniem wolnym

3.2. Czas pracy zaczyna się od 7 godzin dziennie prowadząc do 12, a nawet 16 godzin dziennie (w Dar es Salaam)

3.3. Kontrakt zazwyczaj podpisywany jest na dwa lata – jest to okres zwrotu z inwestycji pracodawcy w pracownika (pokrywa koszty transportu, rozwoju, szkoleń itd.)

3.4. W przypadku kontynuacji kontraktu możemy liczyć na sponsorowany bilet lotniczy do kraju ojczystego lub na budżet transportowy możliwy do wykorzystania na dowolne przeloty, tak jak to miało miejsce w przypadku Maćka pracującego w Niemczech

3.5. W kwestii wynagrodzenia, w przypadku Oli zaczęło się od 1500 dolarów, a po trzech latach skończyło na podwojeniu tej kwoty (w zestawieniu ze 100$ średniej pensji dla lokalnych kelnerów, sprzątaczek itp.)

3.6. Jeśli chodzi o benefity pracownicze to poza opłaceniem mieszkania możemy liczyć na transport do i z pracy oraz do miejsca zamieszkania, jak również stałą obsługę przez służącą. Kwestią do ustalenia jest wyżywienie (zazwyczaj nie wchodzi ono w zakres pracodawcy)

3.7. Podejmując decyzję o zmianie pracy najlepiej wykorzystać lokalną wiedzę (co, gdzie i kiedy się zwalnia) oraz oczywiście posiłkować się lokalnymi referencjami.

 

 

Więcej informacji dotyczących poszukiwania pracy znajdziesz w darmowym poradniku:

Odpływamy! Czyli o tym, jak mądrze sterować karierą i wypłynąć na głębokie wody

A w nim odpowiedzi na takie pytania:
- Jak szukać pracy?
- Jak budować karierę?
- Jak prosić o podwyżkę?
...................................................................

POBIERZ PORADNIK

 

I to by było na tyle 🙂 naturalnie zachęcam Cię do odsłuchania podcastu z Olą, w którym znajdziesz dodatkowe informacje o Tanzanii, jak również wiele ciekawych anegdot i historii związanych z podróżą po Afryce.

 

Zdajemy sobie sprawę, że wiele przedstawionych tutaj informacji ma dosyć negatywną konotację. Intencją jednak nie było zniechęcenie Cię od odwiedzić w Tanzanii, lecz do świadomego podejmowania decyzji tam na miejscu, co koniec końców powinno Cię uchronić przed wieloma nieprzyjemnościami.

 

Za tydzień mienimy trochę tematykę aby unikać monotonii 🙂

 

Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie i życzę sukcesów, w którymkolwiek kraju teraz jesteś 🙂

Wybrane źródła:

 

Aleksandra Adamczyk:)

Unia morska

Lokalizacja Tanzanii

Flaga Tanzanii

Brytyjki w Zanzibarze

 

ropp15 max - Tanzanii

Archiwum

Newsletter

Archiwum

Newsletter

Archiwum

Newsletter

13045672_10154160066368330_120102593_n
13045571_10154160068428330_933944150_n
13077400_10154160061163330_1152094535_n
13084305_10154160063378330_957857339_n
13059766_10154160049523330_1307794664_n

Życie i praca w Niemczech - część 2

Wolisz słuchać zamiast czytać? Zapraszam, zatem do odsłuchania tego materiału w formie podcastu:

Możesz również pobrać ten odcinek klikając tutaj

W ramach dalszej podróży za zachodnią granicę, kontynuujemy dzisiaj rozmowę z Maćkiem Gajdulewiczem, mieszkającym i pracującym we Frankfurcie.

Dla przypomnienia, w poprzednim odcinku rozmawialiśmy między innymi o historii Maćka i o motywach jego wyjazdu do Niemiec. Dowiedzieliśmy się od niego, na co powinniśmy położyć nacisk przy negocjowaniu warunków naszej relokacji. Dalej, przeanalizowaliśmy różne możliwe formy zatrudnienia – w tym „permanentną delegację”, w ramach której optymalizujemy podatkowo nasz przychód wykorzystując diety zagraniczne. Same diety poddaliśmy dokładniejszym oględzinom, weryfikując ich wysokość w różnych wariantach (np. zakładając odliczenia posiłków fundowanych przez naszą firmę).

 

Poruszanie się po Frankfurcie

O wszechobecnym występowaniu egzotycznych języków zarówno w komunikacji publicznej, jak i na ulicach Frankfurtu mówiliśmy w poprzedniej części wywiadu z Maćkiem. Fakt ten rodzi pytanie dotyczące sposobu poruszania się ludzi niewładających językiem niemieckim po ulicach tego miasta. Nie uświadczymy bowiem powszechnie oznaczeń w języku angielskim tak, jak to ma miejsce w niektórych europejskich miastach, nie mniej jednak znajomość tego języka przez mieszkańców Frankfurtu jest na tyle wysoka, iż nie powinniśmy mieć problemu z komunikacją. W najgorszym razie pozostają nam do użycia aplikacje nawigacyjne.

 

Praca w Niemczech często pochłania nas do tego stopnia, że możemy nie zdążyć zrobić zakupów w tygodniu. Emigrując do tego kraju – notabene mniej religijnego od Polski – możemy się mocno zdziwić, gdy w niedziele „pocałujemy klamkę”.  Czy jest to fenomen charakterystyczny tylko dla Frankfurtu? Odpowiedź brzmi nie. Przez prawie 50 lat sklepy w niemieckojęzycznych krajach miały najbardziej restrykcyjne godziny otwarcia w całej Europie. Wynikało to z Ladenschlussgesetz - prawa uchwalonego w 1956 roku, w ramach którego sklepy miały być otwarte pomiędzy 7 rano a 18.30 (w tygodniu) oraz 14.00 (w soboty). Niedziele były dniami całkowicie wykluczone z handlu. Wspomniane prawo obowiązywało aż do 1996 roku, kiedy to rozpoczął się proces uelastyczniania godzin handlowych. Ukoronowaniem tego procesu było Föderalismusreform – reforma z 2006 roku, w ramach której odebrano rządowi prawo wyznaczania godzin otwarcia sklepów na rzecz 16 Bundesländer (landów) które dostały pełną autonomię w tej kwestii. Niemniej jednak nadal, gdy będziemy chcieli zrobić cotygodniowe zakupy, nie planujmy tego na Sonntag (niedzielę) z racji na powszechny zakaz handlu. Wykluczone z niego są tylko stacje kolejowe, lotniska, stacje benzynowe i mini-markety.

 

Kolejna kwestia, która zwróci naszą uwagę podczas życia i pracy w Niemczech będzie wszechobecne przyzwolenia na spożywanie alkoholu i palenia papierosów w miejscach publicznych, jak również reklamowania tych produktów. Niczym dziwnym nie jest widok ludzi wracających z pracy i popijających małe piwo w autobusie. Co ciekawe nie prowadzi to do widocznych nadużyć, czy też codziennych libacji. Dyscyplina i kultura obowiązuje 🙂

 

Skutki kryzysu migracyjnego we Frankfurcie

Kolejne pytanie, które zadałem Maćkowi dotyczyło realnych skutków kryzysu migracyjnego w miejscu jego zamieszkania. Wszyscy wiemy o tym, iż Niemcy i kraje skandynawskie, z racji na swoją hojną politykę socjalną stanowią miejsce docelowe dla dużej części fali uchodźców docierających do Europy.

 

Rysunek 1. Trasa migracyjna prowadząca do Niemiec

ropp14 rys1 - praca w niemczech częśc 2

 

W rzeczywistości jednak występują duże rozbieżności w kwestii relokacji uchodźców wewnątrz Republiki Federalnej Niemiec. Głównym czynnikiem decydującym stają się tutaj koszty życia w poszczególnych rejonach kraju. Naturalnie w pierwszej kolejności migranci będą wybierać te landy i miasta o najniższych kosztach życia (Monachium, Bawaria), a dopiero w dalszej kolejności udadzą się do miast drogich, takich jak Frankfurt, stanowiący de facto stolicę finansową strefy euro.

 

Tabela 1. Zestawienie cen wybranych produktów we Frankfurcie

ropp14 tab1 praca w niemczech

 

Tak, jak to zostało pokazane w tabeli powyżej, można w Niemczech kupić tanie produkty spożywcze. Przykładem jest tutaj woda. Pamiętać należy tylko o oddawaniu pustej butelki przy zakupie nowej – bez tego cena wywinduje mocno w górę.

 

Wpływ wyjazdu do Niemiec na rozwój osobisty naszego bohatera

„Świat nie jest taki duży jak nam się wydaje”. Taką pierwszą puentę wyciągnął Maciek po paru miesiącach podróżowania i pracowania za granicą. Często bowiem zamykamy się w swoich mikro światach, skupieni na pokonywaniu drogi „z” – „do” budujemy w sobie strach przed nieznanym, przed trudem i wyzwaniami związanymi z pokonywaniem naszej strefy komfortu. Najtrudniej jest zrobić ten pierwszy krok, czyli podjąć decyzję o działaniu tłumiąc głosy sprzeciwu i zwątpienia pojawiające się w odpowiedzi na naszą inicjatywę. W przypadku Maćka jeden z lęków dotyczył pracy z Hinduskimi współpracownikami. Stereotyp (w tym przypadku pozytywny), opisujący Hindusów, jako wykwalifikowanych i doświadczonych programistów powodował lęk oraz obawę, iż jego własne umiejętności mogą się okazać niewystarczające. W rzeczywistości jednak Maciek zorientował się, że nie tylko te negatywne stereotypy pisane są na wyrost, ale również te pozytywne i to Indyjscy współpracownicy mogą koniec końców czuć się onieśmieleni, a nie na odwrót.

 

Inny przykład dotyczył mieszkania poza swoim rodzinnym gniazdem – Warszawą. To, co początkowo wydawało się trudne i problematyczne (życie i poruszanie się w obcym mieście) z czasem stało się nową normą, otwierając drzwi na nowe przygody i nowe miasta takie jak Barcelona, Amsterdam czy też Mediolan. Dzięki coraz to częstszym i ciekawszym podróżom zmniejsza się nasze wyobrażenie odległości. Wszystko wydaje się nam bliższe niż początkowo myśleliśmy. Co ciekawe, to samo tyczy się ludzi, których napotykamy na swojej drodze.

Dzięki podróżom zmniejsza się nasze wyobrażenie odległości - zarówno w fizycznym wymiarze jak i w kontaktach z innymi ludźmi.twitter

 

 

Kolejną wartością dodaną przy wyjazdach zagranicznych jest wzmacnianie naszej asertywności oraz ogólna poprawa komunikacji. Jeżeli bowiem będziemy w podobnej sytuacji, co Maciek, staniemy przed wyzwaniem, jakim jest praca i komunikacja pozioma (w międzynarodowym zespole) jak również i pionowa (z przełożonymi na wyższych szczeblach). To wszystko, połączone z odpowiedzialnością za nasze czyny, stanowi idealny grunt pod rozwój naszej pewności siebie. Ta cecha będzie nam bowiem bardzo potrzebna, jeżeli chcemy „przeżyć” pracując w międzynarodowej korporacji. Widoczne jest to miedzy innymi przy organizacji i priorytetyzacji naszych bieżących zadań. Z jednej strony chcemy pomagać innym w ich projektach i zadaniach. Dzięki temu budujemy naszą rozpoznawalność i reputację w ramach organizacji, co stanowi najkrótszą drogę do awansu. Z drugiej strony, jeżeli pracujemy w większej firmie, wtedy koniec końców zorientujemy się, iż zaczynamy tonąć pod naporem nowych zapytań i próśb skierowanych w naszą stronę. Osoby, którym pomogliśmy parę razy orientują się, iż „mają w nas druha” i zaczynają nas zasypywać coraz to nowymi zapytaniami, destabilizując nasz prywatny harmonogram. W tym momencie, jeżeli nie wykażemy się odpowiednio wysoką pewnością siebie, nie będziemy w stanie świadomie postawić granic, co doprowadzi do zaniedbania kwestii dla nas priorytetowych i/lub wypalenia zawodowego. Wniosek – nie bójmy się odmawiać innym, lecz róbmy to w uprzejmy i taktowny sposób.

 

Więcej o mądrym stawianiu granic przeczytasz w książce pt.:

Rysunek 2. Książka pt.: "Sztyka mówienia nie. Jak chronić swoje życie przed manipulacją"

ropp14 rys2 praca w niemczech

 

 

Mniej pozytywne skutki emigracji zarobkowej

O wpływie emigracji (lub też „permanentnej delegacji” J) na relacje z bliskimi dużo już zostało powiedziane. Wiemy o negatywnych reperkusjach wynikających z długiej rozłąki oraz znamy sposoby ich minimalizowania (skype + kamera, media społecznościowe itd.). To, na co warto tutaj zwrócić uwagę to wysokie oczekiwania obu stron, które mogą prowadzić do niepotrzebnych konfliktów. I tak, wracając z „obczyzny”, często zmęczeni i przytłoczeni bieżącymi wyzwaniami, nie marzymy o niczym innym jak relaks i odpoczynek w rodzinnych stronach. Nasi bliscy zaś, chcieliby jak najwięcej się dowiedzieć, rozmawiać i „eksploatować” odwiedzające je osoby. To rodzi oczywisty konflikt interesów, z którego musimy sobie zdawać sprawę i poprzez empatyczną komunikację niwelować go u źródła.

 

Niech każda ze stron wytłumaczy i opisze swoje potrzeby i oczekiwania, a następnie siądźmy do stołu i ustalmy kształt kompromisu, który pozwoli zmaksymalizować korzyści dla obu stron. Możemy np. się umówić, iż przyjeżdżając na dwa dni w tygodniu, sobota będzie tym dniem luźnym nieobciążającym psychicznie i fizycznie (kanapowy relaks), a niedziela będzie się wiązała z czynnościami bardziej aktywnymi (wyjście na miasto, długie rozmowy itd.).

 

Kolejnym negatywnym skutkiem wyjazdu za granicę jest fiksacja na punkcie przeliczania walut. Działa to w obie strony – będąc za granicą ciągle czujemy się jakby wszystkie produkty były zawyżone (w przypadku wyjazdu np. do Niemiec), a wracając do Polski wręcz przeciwnie, wszystko jest takie tanie! I to właśnie to drugie (błędne) założenie może być dla nas jeszcze bardziej zgubne, prowadząc do niepotrzebnej rozrzutności. Rozwiązaniem tej sytuacji jest zaakceptowanie faktu, iż część produktów będzie zawyżona, a część zaniżona w miejscu, do którego wyjeżdżamy czy też emigrujemy. Wynika to z wielu czynników (np. potrzeba importu danych dóbr), z którymi nie ma sensu walczyć.

 

 

I to by było na tyle jeżeli chodzi o Życię i pracę w Niemczech.

Dla przypomnienia, całość rozmowy z Maćkiem znajdziesz za to w podcaście.

 

Tymczasem dziękuję Ci za to, że tu jesteś. Zainteresował Cię ten temat? Jeśli tak to zapoznaj się z innymi artykułami realizowanymi w ramach cyklu:


Życie i praca w Szwajcarii

Życie i praca w Anglii


 

Za tydzień zmienimy kontynent i razem z moim rozmówcą "odwiedzimy" Tanzanie. Po tym odcinku zmienimy trochę tematykę aby unikać monotonii 🙂

 

Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie i życzę sukcesów, w którymkolwiek kraju teraz jesteś 🙂

Wybrane źródła:

 

Maciej Gajdulewicz 🙂

Godziny handlowe w Niemczech

Zestawienie cen we Frankfurcie

Trasy migracyjne 

 

ropp13 max - Praca w Niemczech

Archiwum

Newsletter

Archiwum

Newsletter

Newsletter

Życie i praca w Niemczech - część 1

Wolisz słuchać zamiast czytać? Zapraszam, zatem do odsłuchania tego materiału w formie podcastu:

Możesz również pobrać ten odcinek klikając tutaj

 

Zamiłowanie do mięsa, piwa i precyzji, brak poczucia humoru, centrum problemów migracyjnych Europy. A Tobie, z czym kojarzą się Niemcy?

 

W ramach kontynuacji cyklu „Praca i życie w..” udamy się w podróż za Odrę, w ramach której Maciej Gajdulewicz opowie nam o blaskach i cieniach pracy w międzynarodowej korporacji. Zastanowimy się, na co należy zwrócić uwagę przenosząc się w ramach jednej organizacji do innego kraju. Podpowiemy jak negocjować nową umowę i jak odnaleźć się w międzynarodowym zespole, żyjąc i pracując za granicą.

 

Słowem wprowadzenia…

To jest historia Maćka Gajdulewicza i jego – jak on to określa – permanentnej delegacji do Niemiec.

Jak każda historia, tak i ta miała swój początek. W tym przypadku były to studia podjęte w Szkole Głównej Handlowej na kierunku metody ilościowe w ekonomii i systemy informacyjne. Otworzył on przed Maćkiem świat korporacji i pracę w sektorze finansowym. Zaczęło się lokalnie, na warszawskim podwórku, w siedzibie firmy z wielkiej czwórki w dziale zarządzania ryzykiem finansowym.

 

Mimo międzynarodowego charakteru organizacji, czuć było jej lokalny polski wymiar. Miało to oczywiście swoje plusy i minusy. Do tych pierwszych można zaliczyć znajomość zasad gry, panujących zwyczajów i obyczajów jak również kontakt ze wszystkim, co znane (bliscy, rodzina, ulubione miejsca w mieście). Wydawało się, że to dużo, że minusy takie jak ograniczone perspektywy, nudniejsze projekty i zakresy obowiązków czy też mniejsza styczność z j. angielskim powinny zostać spokojnie spacyfikowane przez przeważające plusy. W rzeczywistości jednak, Maciek poczuł w którymś momencie, że podświadomie buduje zasieki wokół swojej strefy komfortu – wybierając to, co znane i przewidywalne ponad to, co nowe i bardziej wyzywające. W związku z tym, gdy tylko nadarzyła się okazja relokacji do innego kraju, postanowił z niej skorzystać. Wybrał Frankfurt.

 

Życie i praca w Niemczech

Po 1,5 roku pracy w polskim oddziale firmy nadszedł czas na wyjazd do Niemiec. Miało to miejsce we wrześniu 2015 roku. Przylatując na miejsce, do międzynarodowego lotniska we Frankfurcie lepiej założyć wygodne buty. 1000 metrów do przejścia po odbiór bagażu? To normalne w porcie zwanym również Ren-Men (Rhein-Main-Flughafen lub Flughafen Frankfurt am Main) zajmującym powierzchnię 2000 hektarów i o możliwościach obsługi 65 milionów pasażerów rocznie.

 

Rysunek 1. Plan terminalu Lufthansy na międzynarodowym lotnisku we Frankfurcie

ropp13 rys1 - praca w Niemczech

Po odebraniu bagażu czas na podróż ichniejszą koleją S-bahnem. To, co może nas Polaków zdziwić, to ogromna różnorodność i multikulturowość mieszkańców Frankfurtu, która rzuca się w oczy od pierwszej chwili. Słychać tutaj paletę egzotycznych języków z rejonów takich jak Indie, Afryka, ale również z Europy Środkowo-Wschodniej. Niemniej jednak, samych Polaków we Frankfurcie nie przebywa wielu. Nie tak, jak to ma miejsce w Manchesterze o czym mówiliśmy ostatnio.

 

Wspomniana różnorodność nie jest obserwowalna wyłącznie na ulicy. To samo ma miejsce w świecie biznesu, jakby na to nie patrzeć to właśnie Frankfurt jest stolicą finansową Europy. Maciek w swoim zespole posiada kolegów i koleżanki z takich krajów jak Indie, Rosja czy Białoruś. Można by się zastanawiać jak u tak różnorodnej grupy ludzi znaleźć wspólny mianownik? Często to, co nas różni może nas jednocześnie łączyć. Pracując w międzynarodowym zespole doświadczenia dnia codziennego – święta, zwyczaje i obyczaje – stanowią niekończący się zasób tematów do rozmowy. Rozmowy budującej podwaliny pod relację.

 

To, co nas różni może nas łączyć. Wymiana doświadczeń dnia codziennego, naszych zwyczajów i obyczajów,może stanowić podwaliny naszych relacjitwitter

Na co położyć nacisk przy negocjowaniu warunków naszej relokacji?

Ok, Podjęliśmy decyzję o rozpoczęciu pracy poza granicami naszego kraju w ramach tej samej organizacji. To, na co w pierwszej kolejności powinniśmy zwrócić uwagę przygotowując się do negocjacji naszego nowego wynagrodzenia jest oszacowanie naszych przyszłych wydatków i kosztów życia. Najważniejsze w tej kategorii będzie akomodacja i transport.

 

Niezależnie od naszej „podstawy”, podejmując decyzje o wyjeździe, częstą praktyką jest pokrywanie części wydatków bieżących pracownika przez pracodawcę. Najczęściej mowa tutaj o zakwaterowaniu oraz transporcie lotniczym, umożliwiającym nam wizyty w kraju ojczystym. Możemy z góry dostać mieszkanie służbowe lub też opłacony hotel, ale może się tak zdążyć, iż sami będziemy musieli zabezpieczyć sobie miejsce pobytu, a z pracodawcą negocjujemy budżet, w którym powinniśmy się zmieścić. W takim przypadku kluczowe jest to, abyśmy uniknęli niedoszacowania tego budżetu. Wtedy bowiem skażemy się albo na gorszą lokalizację mieszkania, albo rzadsze wizyty w kraju.

 

W przypadku Maćka początkowo ucierpiał budżet transportowy, który w rzeczywistości – przy bardzo wysokich kosztach biletów na linii Frankfurt-Warszawa, nie pozwalał mu przez dłuższy czas na więcej niż jedną wizytę w kraju miesięcznie. Aby uniknąć takich sytuacji, powinniśmy przed przystąpieniem do negocjacji dokładnie oszacować koszty życia w nowej lokalizacji, unikając również ich przeszacowania, które mogą być odebrane przez pracodawcę, jako próba wyłudzenia pieniędzy. Przykładowo zakup biletu miesięcznego w komunikacji miejskiej w przypadku Frankfurtu będzie nas kosztował 86 euro. Dla porównania taki sam bilet w Mediolanie to koszt rzędu 30 euro. Dlatego tak ważne jest, aby precyzyjnie oszacować najważniejsze koszty z wyprzedzeniem.

 

W pierwszej kolejności zróbmy rozeznanie u swoich współpracowników i znajomych, którzy mogą mieć podobne doświadczenia (np. praca w Niemczech). Niezależnie czy uzyskamy na tym etapie potrzebne informacje, zweryfikujmy te założenia np. z wykorzystaniem portalu numbeo. Tak uzbrojeni udajmy się na negocjacje.

 

 

Uwaga!

Może się tak zdążyć, iż nie będziemy dopuszczeni bezpośrednio do negocjacji naszych nowych warunków zatrudnienia. Zamiast tego nasz obecny przełożony może tego dokonać w naszym imieniu z nowymi przełożonymi. W takim przypadku zweryfikujmy wcześniej jego założenia i obliczenia, upewniając się, że nasz interes zostanie w pełni zabezpieczony

 

Kolejną kwestią wartą naszej uwagi jest określenie obowiązków podatkowych, które będą na nas spoczywały w związku z relokacją do innego kraju. Jedną z podstawowych spraw, które powinniśmy zweryfikować to to, czy kraj, do którego się udajemy posiada obowiązującą umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania z Rzeczpospolitą Polską. To dzięki niej unikniemy np. podwójnego opłacania podatku dochodowego. Tekst umowy między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec w sprawie unikania podwójnego opodatkowania w zakresie podatków od dochodu i od majątku dostępny jest tutaj.

 

Niezależnie od tego czy taka umowa jest zawarta, może spoczywać na nas dodatkowy obowiązek podatkowy specyficzny dla danego kraju czy też formy wykonywanej działalności. Zweryfikujmy uprzednio fakt wystąpienia takiego obowiązku (nawet, jeśli jest on czysto biurokratyczny, a nie finansowy) i naciskajmy w negocjacjach, aby nasz pracodawca pomagał nam takowy obowiązek wykonywać (kwestia szczególnie ważna, gdy nie władamy językiem urzędowym państwa, do którego się udajemy).  Jeśli chodzi o zasady rozliczania z polskim fiskusem, musimy sobie również odpowiedzieć na pytanie czy ciąży na nas nieograniczony czy też ograniczony obowiązek podatkowy. Jest to powiązane nie tylko z zameldowaniem w danym miejscu, ale też z posiadaniem w nim centrum interesów życiowych (życie i praca). Aby podlegać nieograniczonemu obowiązkowi podatkowemu względem polskiego fiskusa musimy na terenie RP przebywać dłużej niż 180 dni w roku. Więcej o tych i innych zależnościach podatkowych znajdziesz we wpisie dotyczącym rozliczania PIT za 2015 rok

 

Formy zatrudnienia za granicą

Podejmując pracę za granicą w ramach naszej firmy jest duża szansa, że zaproponowany zostanie nam kontrakt zagraniczny. W przypadku naszego bohatera miał miejsce inny scenariusz w ramach którego praca w Niemczech została sformalizowana w formie permanentnej delegacji. W ramach niej, pozostał on zatrudniony na dotychczasowych warunkach, z zachowaniem polskich złotych, jako obowiązującej waluty, a na pokrycie swoich bieżących kosztów pozostaje mu ustawowo określona dieta. Niezależnie od tego, co wspomnieliśmy w poprzednim punkcie, pracodawca pokrywa mu koszty zakwaterowania oraz transportu lotniczego. Czy jest to rozwiązanie gorsze? Niekoniecznie. To zależy od naszego stylu życia i miejsca docelowego. Diabeł tkwi w szczegółach. A w tym przypadku w dietach.

 

Dieta – z czym się to je?

Udając się w podróż krajową czy też zagraniczną przysługuje nam dodatek do pensji, w zamyśle służący na pokrycie zwiększonych kosztów wyżywienia (dieta krajowa), jak również drobnych wydatków (dieta zagraniczna). Podstawą prawną obu jest Rozporządzenie MPiPS z dnia 29 stycznia 2013 roku w sprawie należności przysługujących pracownikowi zatrudnionemu w państwowej lub samorządowej jednostce sfery budżetowej z tytułu podróży służbowej (Dz.U. 2013 poz. 167).

 

Zasady naliczania diet różnią się jednak dla delegacji krajowej i zagranicznej, tak jak przedstawiono to w poniższym zestawieniu

 

Tabela 1. Diety krajowe

ropp13 tab1 - praca w Niemczech

 

Tabela 2. Diety zagraniczne

ropp13 tab2 - praca w Niemczech

 

 

W przypadku diet zagranicznych, ich wysokość jest różna dla poszczególnych krajów. Dla przykładu w Niemczech wynosi ona 49 EUR, w Wielkiej Brytanii 35 GBP a w Szwajcarii 88 CHF.

Pełna tabela wysokości diet dostępna jest tutaj

Kolejną kwestią, o której musimy pamiętać przy pobieraniu diet to odliczenia za posiłki sponsorowane przez pracodawcę. Tak jak mówiłem na początku, w zamierzaniu diety mają służyć głównie na pokrycie wyżywienia. Stąd też logika ustawodawcy nakazuje stosować odliczenia w przypadku, gdy ten koszt jest z nas zdejmowany. I tak możemy znowu rozgraniczyć wysokość odliczenia w zależności od typu diety:

 

Tabela 3. Odliczenia posiłków od diety

ropp13 tab3 - praca w Niemczech

Wisienką na torcie pobierania diet z tytułu delegacji jest brak opodatkowania tego przychodu w ramach podatku dochodowego. W związku z tym, jeżeli zbliżamy się do wyższego progu dochodowego (więcej o tym przeczytasz tutaj ) i stoimy przed dylematem, o którym mówiliśmy wcześniej (wybór podstawy polskiej + diet vs kontrakt zagraniczny) zdecydowanie lepszym wyjściem byłoby wybranie opcji z dietami, co pozwoli nam zoptymalizować wysokość płaconego podatku dochodowego.

 


I tutaj postawmy przecinek 🙂

Dalsza część rozmowy z Maćkiem i płynących z niej informacji i doświadczeń zostanie przekazana w następnym odcinku pt. Praca i życie w Niemczech – część 2

 

Tymczasem dziękuję Ci za to, że tu jesteś. Zainteresował Cię ten temat? Jeśli tak to zapoznaj się z poprzednim odcinkiem z cyklu „Życie i praca w…”, w którym braliśmy na warsztat emigrację do Anglii.

 

A może samemu masz doświadczenia z emigracji, którymi chciałbyś się podzielić? Jeśli tak to zostaw proszę komentarz pod tym wpisem, albo napisz do mnie – może razem nagramy następny wywiad? 🙂

Dla przypomnienia, całość rozmowy z Maćkiem znajdziesz za to w  podcaście.

Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie i życzę sukcesów, w którymkolwiek kraju teraz jesteś 🙂

ropp13 max - Praca w Niemczech

Archiwum

Newsletter

Archiwum

Newsletter

Newsletter

Życie i praca w Anglii

Wolisz słuchać zamiast czytać? Zapraszam, zatem do odsłuchania tego materiału w formie podcastu:



Możesz również pobrać ten odcinek klikając tutaj

 

 

Anglia. Ryba z frytkami, nieprzemijający deszcz i zamiłowanie do piłki nożnej. A Tobie z czym się kojarzy Wielka Brytania? W ramach dzisiejszego podcastu rozmawiam z moim gościem Bartoszem Rogalą o tym, ile z tych i innych stereotypów jest bliskich prawdy patrząc na to z perspektywy życia i pracy w Anglii.

Poniżej znajdziesz podsumowanie najważniejszych aspektów naszej rozmowy, naszpikowane dodatkowymi materiałami. Nie mniej jednak gorąco zachęcam Cię również do odsłuchania dzisiejszego nagrania.

 

Od czego się zaczęło?

Bartek (27 l.) z wykształcenia inżynier żywności, absolwent Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, pod koniec 2015 roku podjął decyzję o wyjeździe z kraju. Powodów ku temu było kilka. Po pierwsze, poczuł się znudzony swoją dotychczasową korporacyjną pracą i zapragnął czegoś więcej. Zdecydował się ruszyć na rynek pracy. Na początek, z powrotem na ten krajowy. Rezultat? Zdziwienie.

Zdziwił się, gdy po trzech etapach rekrutacji i zdanych testach zaproponowano mu 1500 zł netto (przy Warszawskich kosztach życia). Dalej zdziwił się, gdy zobaczył ten sam model działania u większości rekruterów: obiecaj (wysokie zarobki, ciekawy zakres obowiązków itd.) -> zmęcz (skomplikuj proces rekrutacji tak, aby kandydat poczuł, że bierze udział w prawdziwej selekcji) -> zaproponuj śmieszne warunki (niewspółmierne do zakresu obowiązków czy też pozycji kandydata) -> szukaj dalej (w razie gdy trafi Ci się taki „Bartek”).

 

Wykres 1. Błędne koło rekrutacji

ropp12 wykres - Praca w Anglii

W związku z powtarzającym się powyższym scenariuszem, Bartek doszedł do wniosku, że nic go tutaj (w Polsce) mocno nie trzyma, więc może warto pomyśleć o tymczasowej emigracji? Będzie to świetna okazja do doszlifowania swojego języka angielskiego, przeżycia przygody i odłożenia paru groszy w tak zwanym międzyczasie.

Wybór miejsca docelowego był prosty: padło na Anglię, a ściślej mówiąc na Manchester, w którym to przebywał już od kilku miesięcy jego brat.

 

Jak wygląda Manchester oczami emigranta?

Mimo iż samo miasto nie ma dużej populacji (około pół miliona mieszkańców), to cała okoliczna aglomeracja zamieszkiwana jest już przez 2,5 miliona ludzi, co czyni ten rejon drugim najgęściej zaludnionym obszarem Anglii. Samo miasto nasycone jest industrialnymi obiektami, jako, że było ważnym przyczółkiem rewolucji przemysłowej w tym kraju. Oczywiście ma ono również do zaoferowania wiele zabytków i obiektów kulturowych, ale nie czas i miejsce na ich wymienianie 🙂

 

Popatrzmy na praktyczne aspekty, które mogą się okazać przydatne dla nowoprzybyłych. Po pierwsze, jeżeli przywykliśmy do standardów komunikacji miejskiej oferowanych przez większe miasta w Polsce, to przeżyjemy szok w Manchesterze. Tam komunikacja publiczna jest w opłakanym stanie. Autobusy kursują w oderwaniu od oficjalnych rozkładów, ceny biletów sięgają kilku funtów za parę minut podróży a co gorsza, nie istnieje jeden publiczny przewoźnik: patrz ZTM. Zamiast tego jest siatka mniejszych i większych firm przewozowych, o często pokrywających się rejonach i różnych taryfikatorach. Można sobie wyobrazić, jaki chaos to wprowadza. Dlatego jeżeli już tam trafimy i będziemy planowali podróż np. na rozmowę rekrutacyjną, skorzystajmy z taksówki albo udajmy się na spotkanie z dużym wyprzedzeniem. W innym przypadku możemy nie dotrzeć na czas na wskazane miejsce.

 

Jeżeli wybierzemy opcję mniej ryzykowną i zamówimy taksówkę, to pamiętajmy, ze w Anglii kierujemy się kodami pocztowymi, a nie nazwami ulic. Dlatego sprawdźmy wcześniej te cyfry przed zamówieniem taksówki. Za trzaśnięcie drzwiami taksówkarz zainkasuje od nas ok 2,5 funta (13 zł), a za kilometr w miejskiej strefie zapłacimy ok 1,9 funta (10 zł).

 

Praca w Anglii a Polacy

Pierwszym szokiem dla Bartka po wyjściu z metrolinka było usłyszenie naszego ojczystego języka – u pierwszej napotkanej osoby w tym mieście. Przy okazji, metrolink jest to ichniejsza sieć tramwajowa oplatająca rejon Manchesteru, co widać z rozkładówki poniżej:

 

Rysunek 1. Schemat sieci metrolink

ropp12 rysunek1 metrolink - Praca w Anglii

Oczywiście wracając do kwestii Polaków i ich postrzegania: tak, jak większość Słowian i emigrantów z Europy nie mają oni specjalnych problemów z adaptowaniem się do nowych warunków i do otoczenia. Nie zamykają się oni w hermetycznych grupach, pozostając otwartymi na otaczający ich świat. Oczywiście bohaterowie pierwszej fali emigracyjne (głównie pracownicy fizyczni) funkcjonują często w formie przetrwalnikowej – jak najwięcej zarobić + jak najwięcej oszczędzić i wysłać do rodzin w Polsce, niemniej jednak wkład naszych rodaków w gospodarkę tego kraju jest ogromny. Według wyliczeń Instytutu Sobieskiego w latach 2014-2020 wyniesie on prawie 64 mld euro zysków. Zdziwiony? Taka jest moc sprawcza blisko 700 tysięcy Polaków żyjących i pracujących w Anglii (tutaj szacunki się różnią, brytyjski spis powszechny nieuwzględniający Szkocji mówi o 579 tys., a polski GUS o 680 tys.).

 

Wkład polskich emigrantów w gospodarkę Anglii wyniesie 64 mld euro zysku w latach 204-2020 twitter

 

Skutki różnicy kulturowo-językowych

Oczywiście Polacy giną niczym kropla w morzu w obliczu rzeszy emigrantów z innych rejonów świata przybywających w to miejsce. W oczy rzucają się Pakistańczycy i emigranci z Afryki gdzie każdy z nich mówi swoją interpretacją angielskiego, co tylko potęguje chaos językowy.

 

Sami rodowici mieszkańcy Manchesteru mówią z bardzo specyficznym akcentem. To, co zwraca uwagę jest np. forma wypowiadania samogłoski „u”. Tam gdzie w ramach Received pronunciation (ten angielski, który znamy z BBC) słowo number wymówilibyśmy, jako „namber”, tam w Manchesterze uświadczymy mocnego „number”. Może to się okazać problematyczne w momencie, w którym będziemy telefonicznie załatwiali np. formalności w banku. Na infolinii automat nie poprosi nas o kliknięcie odpowiednich klawiszy (tak, jak w Polsce), lecz o wymówienie odpowiedniego numeru. W tym momencie, jeśli nie wykażemy się znajomością lokalnego akcentu, system rozpoznawania głosu nie przepuści nas dalej.

 

Wielu miejscowych powtarza bez ukrytego żartu, że sami Anglicy mają nie raz problem ze zrozumieniem się nawzajem. A co dopiero, gdy dodamy do tego mieszankę kulturową emigrantów z całego świata…

 

Różnice pomiędzy Received pronunciation a akcentem z Manchasteru

Oczywiście jak w każdym dialekcie tak w przypadku tego z Manchesteru, mamy do czynienia nie tylko z różnicami wymowy (patrz wyżej), ale również ze słowotwórstwem charakterystycznym dla danego rejonu. Poniżej przedstawiam kilka przykładów lokalnego slangu, którego trafne użycie pozwoli nam wtopić się w tłum, gdy już tam dotrzemy 🙂

 

Tabela 1. Slang Manchesterski

ropp12 tabela1 - Praca w Anglii

 

Jeżeli chciałbyś poznać różnice w wymowie poszczególnych słów (nie slangowych) to obejrzyj ten film:

 

A jeżeli zastanawiasz się czy manchesterski jest jedynym dziwnym akcentem w UK, musisz zobaczyć to nagranie, w którym Pani Siobhan Thompson (autorka kanału Anglophenia) naśladuje 17 różnych akcentów brytyjskich pokazując również ich miejsce pochodzenia:

 

Emigracja i praca w Anglii a relacje z bliskimi

Wracając do historii Bartka. Szykując się do wyjazdu, postawił on sobie za cel nie utracić tych kontaktów, które zdobył i pielęgnował przez lata. W jego ocenie: dla chcącego nic trudnego. Nawet przy ograniczonej częstotliwości wizyt w Polsce, wystarczy trochę dyscypliny i regularności w kontaktach zdalnych: skype, facebook, whatsup itd. Nasza rekomendacja: przygotowujmy znajomych i bliskich do nowego stylu i formy komunikacji jeszcze przed wyjazdem. W ten sposób zminimalizujemy szok związany z brakiem spotkań fizycznych.

 

Jak wyjazd do Manchesteru wpłynął na rozwój osobisty naszego bohatera?

To, co miało być ciekawą przygodą stało się czymś zdecydowanie więcej. Emigracja zawsze stanowi pewnego rodzaju wyzwanie. Kwintesencję wyrwania ze strefy komfortu. Z dnia na dzień zostajemy przeniesieni do nowego, nieznanego otoczenia, w którym zaczynamy z czystą kartą. Musimy zbudować wszystkie relacje od nowa, nauczyć się niuansów kulturowych i obyczajowych. Narysować swojego rodzaju mapę/schemat nowych zachowań. Dodatkowym wyzwaniem staje się przełamywanie bariery językowej. To wszystko pozwala nam spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość z innej perspektywy. Możemy zacząć podważać to, co wydawało nam się oczywiste, modyfikując swoją filozofię życiową w większym lub mniejszym stopniu, koniec końców wzbogacając naszą osobowość.

Do rzeczy. Czyli ile można zarobić w UK, ile odłożyć i jaki są koszty życia?

Czy praca w Anglii się opłaca? Na „start” w Manchesterze, zatrudniając się poprzez agencję pracy można zarobić od 900 do 1100 funtów brytyjskich (4803 do 5870 zł). Dlaczego przez agencję? Prawda jest taka, że doświadczenie zebrane w Polsce w większości przypadków nie będzie brane przez angielskiego pracodawcę pod uwagę. Jeżeli nie możemy się wylegitymować pracą w międzynarodowej korporacji, obecną również na angielskim rynku, nasz nowy potencjalny pracodawca nie będzie nawet próbował weryfikować naszych doświadczeń, po części z braku zaufania, a po części z powodu bariery językowej. W takim przypadku przyjeżdżamy do Anglii z czystą kartą, a naszym celem staje się zbudowanie wiarygodności i zebranie pozytywnych referencji na tym rynku. Dlatego właśnie w opinii Bartka ok ¾ emigrantów zaczyna pracując w agencji pracy, w której nie ma tego typu bariery wejścia.

 

Ok. znaleźliśmy już swoją tymczasową pracę, ale czy koszty życia nas nie zjedzą? Na wynajęcie pokoju, wyżywienie, transport będziemy potrzebowali… 500 do 600 funtów (nie licząc oczywiście używek, rozrywki itd.). Oznacza to, że bez większego wysiłku, pracując na granicy płacy minimalnej jesteśmy w stanie odłożyć ok 2600 zł miesięcznie.

 

Cennik wybranych lokalnych produktów w Manchesterze znajdziesz poniżej:

 

Tabela 2. Ceny typowych produktów spożywczych

ropp12 tabela2 anglii

Dysproporcje w wartości nabywczej widać również w towarach luksusowych. Przykładowo, jeśli chcielibyśmy zakupić Porshe Boxter, z drugiej ręki i z dobrym przebiegiem, powinniśmy na ten cel wygospodarować ok 5000 funtów (26 683 zł)

Dla kogo Manchester się nie nadaje?

Ciężko będą miały osoby słabsze psychicznie, przyzwyczajone do monokulturowego, statecznego życia. Oczywiście brak znajomości języka będzie tylko potęgował nasz strach i niepewność. Pamiętajmy jednak, że nie brakuje ludzi, którzy emigrują z jeszcze gorszymi predyspozycjami. A wiesz, dlaczego im się udaje? Ponieważ mają niezwykle mocną misję, cel ich wyjazdu. Niezależnie czy jest to troska o zapewnienie godnego życia dla swoich bliskich, przeżycia przygody swojego życia czy rozwoju osobistego – musimy sobie uzmysłowić ten cel, skupić na nim całą energię i resztę odłożyć na bok.

 

Czy chcę Cię nakłonić do emigracji? Nie. Uważam, że nie ma tutaj złego wyboru. Niezależnie czy chcesz zostać w kraju czy wyjechać, musisz tylko mieć pewność, że Ty tego chcesz. Że to jest Twoja własna misja.

 

Tymczasem dziękuję Ci za to, że tu jesteś. Zainteresował Cię ten temat? Jeśli tak to zapoznaj się z poprzednim odcinkiem z cyklu „Życie i praca w…”, w którym braliśmy na warsztat emigrację do Szwajcarii.

 

 

 

A może samemu masz doświadczenia z emigracji, którymi chciałbyś się podzielić? Jeśli tak to zostaw proszę komentarz pod tym wpisem, albo napisz do mnie – może razem nagramy następny wywiad? 🙂

Dla przypomnienia, całość rozmowy z Bartkiem znajdziesz za to w podcaście.

Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie i życzę sukcesów, w którymkolwiek kraju teraz jesteś 🙂

 

 

Wybrane źródła:

 

Bartosz Rogala 🙂

Analiza Instytutu Sobieskiego

Flaga Anglii

Koszty życia w Manchesterze

 

ropp12 min - praca w Anglii

Archiwum

Newsletter

Archiwum

Newsletter

Archiwum

Newsletter

Życie i praca w Szwajcarii

Wolisz słuchać zamiast czytać? Zapraszam, zatem do odsłuchania tego materiału w formie podcastu:

Możesz również pobrać ten odcinek klikając tutaj

 

 

Precyzja, zegarki, dobre sery i kredyty we frankach. To zazwyczaj w pierwszej kolejności przychodzi nam do głowy, gdy myślimy o Szwajcarii. Ale jaki jest i jaki nie jest naprawdę ten kraj, z perspektywy emigracji zarobkowej? Odpowiedzi na te pytania, opatrzone ciekawymi anegdotami i poradami znajdziesz w tym wpisie.

 

Kolejne fale emigracji z Polski wprowadzają i będą wprowadzały wiele zmian zarówno w mikro jak i makro skali. Poczynając od zmian demograficznych, przez mentalnościowe, kończąc na ekonomicznych. Te wszystkie aspekty bezpośrednio łączą się z tematyką rozwoju osobistego, dlatego też w związku z tym rozpoczynamy kolejną serię wywiadów przeprowadzaną w formie pytań i odpowiedzi, zadawanych ludziom faktycznie żyjącym i pracującym poza granicami Polski.

W pierwszej kolejności na warsztat bierzemy Szwajcarię-kraj, o którym wiele może nam powiedzieć Radosław Tomaszuk, człowiek, który dwa lata żył i pracował w niemieckojęzycznym Kantonie. Poniżej znajdziesz jego historię, jak również główne konkluzje i rekomendacje płynące z jego emigracji. Całość rozmowy znajdziesz za to w podcaście.

 

Od czego się zaczęło?

Radek w pewnym momencie życia stwierdził, że musi coś zmienić i w spektakularnym stylu odszedł ze swojej bieżącej pracy. Po blisko dwóch miesiącach poszukiwań, zdał sobie sprawę, iż oszczędności topnieją w zastraszającym tempie, a pracy jak nie było, tak nie ma. To, co przykuło jego uwagę, to ogłoszenie, które znalazł na Gumtree z lakonicznym opisem „poszukujemy kierowcy z j. niemieckim. Praca w Szwajcarii” oraz dobrym haczykiem „WYSOKIE ZAROBKI”.

 

Mając duże doświadczenie zdobyte w branży motoryzacyjnej oraz mówiąc płynnie po niemiecku, złożył aplikację na wspomniane stanowisko. Następnego dnia siedział już w Złotych Tarasach na rozmowie kwalifikacyjnej. Na spotkaniu był Szwajcar, właściciel firmy oraz jego asystent. Pierwsze pytanie dotyczyło doświadczenia w obsłudze samochodów. Zadane było po polsku. Drugie dotyczyło znajomości języka niemieckiego. Również zadane zostało po polsku, lecz Radek działając proaktywnie przełączył się w tym momencie na język niemiecki i tak kontynuował resztę spotkania. Prawdopodobnie ten fakt przeważył o tym, że przeszedł ten etap pomyślnie.

 

Nie minęło wiele czasu, a rozpoczął się jego okres próbny w Szwajcarii. Początkowo jego główny zakres obowiązków sprowadzał się do transportowania szefa z punktu A do punktu B. Jako szofer musiał się jednak nauczyć multi-taskingu i jednocześnie uczyć swojego 60-letniego przełożonego języka angielskiego. Z biegiem czasu zaczął być również odpowiedzialny za koordynacje i nadzorowanie polskich robotników pracujących w tej organizacji. Jako, że firma operowała w branży nieruchomości, potrzeba było dużo rąk do pracy – remontów mieszkań, przygotowań budynków pod wynajem itd.

 

Prawda jest taka, że większości wykonywanych obowiązków uczył się w locie, nie posiadając uprzednio większego doświadczenia. Niemniej jednak, nie zrażał się z tego powodu, wręcz przeciwnie, brał coraz to nowe obowiązki na swoje barki, z czasem stając się prawą ręką swojego szefa – szwajcarskiego milionera. Cały proces zajął około dwóch lat, pracy w systemie ¾ - trzy tygodnie spędzane za granicą + jeden tydzień w Polsce.

 

Emigracja a relacje z bliskimi

Tak długa i regularna rozłąka nie wpłynęła jednak negatywnie na jego relacje z bliskimi i narzeczoną. Za każdym razem, kiedy powracał do kraju, oboje wiedzieli, że muszą „wycisnąć” tyle, ile się da z tego krótkiego czasu. Większość mało istotnych spotkań było przekładanych, a całe skupienie pokładane na partnerze. No i oczywiście zagraniczne prezenty tylko polepszały cały ten obraz 🙂

 

Jak Polacy są postrzegani w Szwajcarii?

Tak, jak możemy się domyśleć, kraj ten jest obecnie bardzo multi-kulturowy. Znajduje się tam dużo Albańczyków, emigrantów z Afryki, jak również Polaków. Zastanawiając się nad tym chwilę, w opinii Radka są dwa główne powody, dla który ludzie zatrudniają obcokrajowców:

 

1. Aspekty ekonomiczne (ktoś wykona tę pracę taniej, niż lokalni pracownicy),

2. Więzy kulturowe lub emocjonalne z daną nacją (ktoś ma bliskich w danym kraju lub w inny sposób został z nim w pewien sposób związany).

 

W związku z powyższym, Polacy w pewien sposób zlewają się razem z resztą emigrantów, a w stosunku do nich nie panują jakieś szczególnie mocno zarysowane stereotypy – pozytywne lub negatywne.

 

Skutki różnicy kulturowo-językowych

Dla nas, Polaków-narodu kombinatorów, dosyć elastycznie podchodzących do litery prawa i panujących przepisów- może być dużym szokiem, gdy np. po 5 minutach zaparkowania w nieidealny sposób znajdziemy za szybą mandat w wysokości 40 franków. Za każdym razem i o każdej porze dnia. Szwajcaria bowiem jest w pewien sposób państwem policyjnym. Państwem, w którym każdy rodowity obywatel przestrzega przepisów oraz czuje się w obowiązku raportowania odstępstw od tychże przepisów u innych. Jest to zauważalne niemalże na każdym kroku i może stanowić mocny szok kulturowy po przeprowadzce tam.

 

Wpływ emigracji do Szwajcarii na rozwój osobisty naszego bohatera

Praca i stałe przebywanie z milionerem ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony jesteś poddany ogromnemu stresowi i napięciu związanym z pracą z trudną osobą, która nie znosi odmowy i nie toleruje porażki. To uczy działać szybko i niezawodnie oraz być skupionym na realizowanym celu. Z drugiej strony możesz do woli kąpać się w blasku takiej osoby – żyć życiem milionera: jadać w ekskluzywnych lokalach, prowadzić najdroższe pojazd, wchodzić i rozmawiać z ludźmi, do których normalny śmiertelnik nie ma dostępu.

 

Kolejną kwestią jest przerwanie bariery językowej oraz strachu przed rozpoczęciem konwersacji. W momentach, w których jesteśmy zmuszeni do rozmowy z urzędnikami, kontraktorami i wiemy, że od tej rozmowy zależy sukces naszego zadania, nasza motywacja do przełamania nieśmiałości jest ogromna. Wychodząc ze swojej strefy komfortu, raz po raz, codziennie, uczymy się zapominać o tej strefie.

 

Ostatnią nauką, którą Radek wyniósł z wyjazdu ze Szwecji, to wychodzić z inicjatywą. Człowiek, z którym musiał pracować, osiągnął wszystko swoją ciężką pracą. Zaczynając od zera, w wieku 60 lat posiadał kilkanaście budynków, dziesiątki lokali oraz zatrudniał kilkanaście pracowników. Zawdzięcza to właśnie wychodzeniu z inicjatywą. Dla Radka zaś wychodzenie z inicjatywą otwierało wiele drzwi. Dzięki temu, co chwilę dostawał nowe obowiązki, które sprawiały, że czuł, że się stale rozwija, przeżywa nowe doświadczenia, co napędzało jego motywację oraz wzmacniało wiarę i zaufanie u jego szefa.

Wychodzenie z inicjatywą otwiera nam wiele z pozoru zatrzaśniętych drzwi. twitter

Do rzeczy. Jakie są zarobki w Szwajcarii? Ile można odłożyć i jakie są koszty życia?

Nie jest to pewnie dużym zaskoczeniem, że emigrując do tego kraju można zarobić naprawdę dużo. Pensja minimalna w okresie, w którym Radek tam mieszkał wynosiła 4000 franków, co przy kursie franka na poziomie 3,8 przekładało się na wynagrodzenie w wysokości 15 200 zł.

 

Dodatkowo można negocjować z pracodawcą przejęcie przez niego części z tych kosztów. W przypadku Radka, były to zarówno przeloty, lokum oraz nierzadko wyżywienie. W ten sposób jesteśmy w stanie zredukować wydatki na emigracji, co w wymierny sposób przekłada się na oszczędności i prezenty dla bliskich 🙂

 

Zanim jednak podejmiemy takie negocjacje, warto sobie skalkulować czy będzie nam się to opłacało. Zapewne pracodawca odbije sobie część z tych poniesionych kosztów w naszej pensji. I tak np. pracownicy fizyczni zatrudnieni w firmie Szwajcara, zarabiali więcej, ale nie posiadali żadnych bonusów. Więc z własnej kieszeni musieli pokrywać takie koszty jak:

-300 franków za przelot w obie strony do Polski

-400 franków za wynajęcie lokum

-15 franków za przejechanie 4 stacji komunikacji miejskiej

-wyżywienie np. 2 franki za mały jogurt, 55 franków za kilogram mięsa wołowego

 

Oczywiście, w kwestii wyżywienia cena zależy od jakości i certyfikatów. Szwajcarzy spożywają wyłącznie żywność z najwyższej półki. Niemniej jednak, można również dostać produkty tańsze, które nie będą różniły się w smaku i składzie, ale zabraknie im kilku nalepek na opakowaniach. W takim przypadku za ok. 10 franków możemy kupić ziemniaki, chleb, masło, parę jogurtów i owoce.

 

Warto też zwrócić uwagę na dysproporcje wartości nabywczej w Szwajcarii oraz w Polsce. W tym pierwszym kraju samochód w bardzo dobrym stanie ze średniej półki (golf) jesteśmy w stanie kupić za 4000 franków – ekwiwalent jednomiesięcznego wynagrodzenia minimalnego. Ile przy polskiej minimalnej krajowej musielibyśmy oszczędzać na samochód takiej klasy?

 

A ile można odłożyć? To zależy od tego, ile i jakie koszty bierzemy na swoje barki oraz ile wynosi nasza stawka. Przy zarobkach rzędu 90 franków na dzień i skromnym trybie życia w Szwajcarii (nie wliczając w to prezentów dla bliskich J) połączonym z rozrzutnością w Polsce, mimo wszystko można spokojnie odłożyć kilkanaście tysięcy złotych w okresie ok 2-letniej emigracji.

 

Na koniec, należy pamiętać, że aby dostać pozwolenie na pobyt w Szwajcarii musimy posiadać miejsce zameldowania oraz potwierdzenie zatrudnienia. Gdy spełnimy te wymagania dostaniemy pozwolenia na pobyt, najpierw na rok, potem na pięć lat itd. Oczywiście jest tu pewna zaklęta pętla. Aby móc pracować, musimy gdzieś mieszkać. Aby mieszkać, musimy mieć umowę z pracodawcą. Dodatkowo jeszcze możemy napotkać na opór ze strony najemcy, niechętnego na wynajęcie lokalu dla obcokrajowcy.

 

Dla kogo emigracja do Szwajcarii się nie nadaje?

Naturalnie brak znajomości języka będzie pierwszą przeszkodą. Kluczem jest posiadanie nawet tego elementarnego poziomu, swojego rodzaju fundamentu, na którym będziemy budować dalszą znajomość języka.

Drugą kwestią jest pracowitość. Wyjeżdżając do takiego kraju jak Szwajcaria, wchodzimy z jednej strony na rynek bardzo konkurencyjny, a z drugiej bardzo wymagający. Od emigrantów zarobkowych wymaga się zaangażowania, wysiłku i konkretnych rezultatów. Poprzeczka jest postawiona wysoko, jednocześnie nie dając nam dostępu do pełnej palety dodatków, jakimi mogą się cieszyć rodowici mieszkańcy.

 

Inne ciekawostki

W sklepach ekspedienci zawsze mają drobne. Nie usłyszymy tak znajomych dla naszych uszu „a drobniej nie będzie?” Dodatkowo zostaniemy obsłużeni z uśmiechem, szybko i profesjonalnie.

 

Inną kwestią jest zamiłowanie Szwajcarów do sztuki i piękna. Antykwariaty, sklepy numizmatyczne znajdziemy niemalże na każdym rogu ichniejszych miast. Biura wypełnione są obrazami, rzeźbami, a nieraz tak abstrakcyjnymi dziełami jak sarna w skali 1 do 1 oblepiona cekinami…

 

Szwajcarski niemiecki

Chcesz posłuchać i poczuć szwajcarską odmianę niemieckiego? Odsłuchaj zatem podcast nagrany razem z Radkiem 🙂

 

 

 

Żyłeś i pracowałeś w Szwajcarii? Podziel się z nami swoimi doświadczeniami w sekcji komentarzy.

 

A może samemu emigrowałeś i chciałbyś o tym opowiedzieć? Skontaktuj się wtedy ze mną 🙂

 

 

Dziękuję za to, że jesteś czytelnikiem/słuchaczem portalu Rozwój Osobisty Po Polsku,

 

Pozdrawiam,

Wybrane źródła:

 

Radosław Tomaszuk 🙂

Flaga Szwajcarii

 

ropp11 max - Szwajcarii

Archiwum

Newsletter

Archiwum

Newsletter

Szwajcaria foto 2
Szwajcaria foto 4
Szwajcaria foto 1
Szwajcaria foto 5
Szwajcaria foto 6